czwartek, 29 października 2015

Jego Wysokość ... czyli ... Rogal Marciński


Kto nie czytał w Aromacie ... tego zapraszam teraz do artykułu i na rogale :)
 
Listopad zbliża się nieubłaganie … Jeszcze kilka dni i „stanie
w naszych progach”.
Czy wiecie, że listopad w Polsce pod względem kulinarnym nigdy nie ustępował miejsca grudniowi? Zawsze cieszył się obfitością i feerią smaków podobnie jak grudzień, a to za sprawą gęsiny, którą zaczęto podawać już na sarmackie stoły. Jednak bohaterem dzisiejszej opowieści będzie wykwintny
i słodki Rogal Świętomarciński



Od  19 listopada 2008 roku Unia Europejska certyfikuje poznańskie rogale świętomarcińskie jako produkt regionalny Chronionym Oznaczeniem Geograficznym. Poznaniacy i chyba nie tylko Poznaniacy są z tego powodu bardzo dumni. Rogal Świętomarciński stał się bowiem nie tylko symbolem Poznania
i jego mieszkańców ale również doskonałym towarem eksportowym rozsyłanym nie tylko po krajach Unii Europejskiej ale i za ocean. Rogal Świętomarciński to doskonała marka rozpoznawcza dla całego regionu Wielkopolski, a do tego jest pyszna i bardzo słodka – o kaloriach nie będę wspominać, bo przy takich rarytasach jak jego Wysokość Rogal Świętomarciński po prostu nie wypada.


Kim był Święty Marcin?

Z pochodzenia był Węgrem.
Jak różne źródła podają urodził się pomiędzy rokiem 316 i 317
w Panomii (dzisiejsze terytoria Węgier) w rodzinie legionisty rzymskiego. Sam jako piętnastoletni młodzieniec również został legionistą rzymskim. W podaniach można odszukać,

że już jako legionista okazywał swe wielkie serce, dobroć
i szczodrość potrzebującym oddając na przykład swój ciepły płaszcz legionisty (rozcinając go na połowę) żebrakowi w pewien zimny poranek, kiedy ów biedak dygotał z zimna.

Niedługo po tym wydarzeniu Święty Marcin wystąpił z legionów, nawrócił się na chrześcijaństwo, a w niedalekiej przyszłości został pustelnikiem i zakonnikiem i misjonarzem. Po latach wybrany na biskupa Tours zmarł podczas jednej ze swych duszpasterskich podróży 8 listopada 397 roku w Candes.
Święty Marcin jest patronem Poznania, ale jego kult żywy jest również na Lubelszczyźnie i okolicach wśród młynarzy Krasnegostawu, Biłgoraja oraz Zamościa i na Roztoczu.

Co mówią legendy i zwyczaje ?

Jak już się dowiedzieliśmy z przekazów kościelnych Święty Marcin był znany ze swojej dobroci i pomocy biednym. Jedna legenda głosi, że pewnego dnia odwiedzając swych wiernych na białym koniu zgubił podkowę, którą znalazł cukiernik i wzorując się jej kształtem uformował ciasto z pysznym nadzieniem migdałowym. Gdy rogale były upieczone  – pamiętając o intencjach świętego i wzorując się na jego dobroci  – rozdał je potrzebującym.

Inna legenda głosi, że poznańskiemu cukiernikowi przyśnił się Święty Marcin, który zgubił podkowę ze swego pięknego białego rumaka. Ów cukiernik podniósł podkowę i na pamiątkę spotkania ze świętym postanowił wypiekać  ciasto w formie podkowy z migdałowo-makowym  nadzieniem.

Jednakże tradycji święta jesiennego można doszukiwać się już
w czasach pogańskich. Otóż tradycyjnie poganie składali
w ofiarach swym bogom   ofiary z mięsa lub z ciasta zwijanego
w wole rogi.


Jak narodziła się nowożytna tradycja marcińskich rogali?

W nowożytnej historii związanej już z obecną tradycją Poznania było podobnie … chodziło o dobroć i szczodrość (jak to u św. Marcina J)

W roku 1891 proboszcz parafii św. Marcina, Jan Lewicki, zaapelował do wiernych aby wzorem swego patrona zrobili coś dla biednych. Jeden z  cukierników Józef Melzer, namówił swojego szefa, aby upiec rogale na odzew proboszcza. W ten sposób rogale świętomarcińskie trafiły na poznańskie ulice, gdzie bogatsi poznaniacy mieszczanie mogli kupić ów smakołyk, a biedni otrzymywali rogale za darmo.  W 1901 zwyczaj wypieku przejęło Stowarzyszenie Cukierników, po I wojnie światowej do tradycji obdarowywania ubogich powrócił Franciszek Rączyński. Po drugiej wojnie światowej tradycja przetrwała dzięki Zygmuntowi Wasińskiemu. To on uratował rogale i to piękne święto listopadowe od zapomnienia. Tak narodziła się staro-nowa tradycja.

Tak więc tradycyjnie już 11 listopada we wszystkich szanujących się cukierniach poznańskich i okolicznych również (bo już cała Wielkopolska słynie z tradycyjnych wypieków świętomarcińskich rogali ) wypieka się około 11 ton tych niesamowicie słodkich i migdałowo-makowych delicji. Do Poznania na Święto Marcińskie zjeżdżają się turyści z całego kraju i za granicy nie bacząc na pogodę i trudy podróży. Warto tam być i rozkoszować się słodką chwilą z rogalikiem w dłoni przechadzając się po ulicy Świętego Marcina, a jeśli ma się tego dnia prawdziwe szczęście można spotkać na ulicy Świętego Marcina.

Z czego wykonane są oryginalne świętomarcińskie rogale?

Rogale świętomarcińskie to przepyszne ciasto drożdżowe, masa z białego maku i bakalii oraz lukier
z posypką orzechową lub migdałową.
A oto oryginalny przepis na takie właśnie rogaliki który otrzymałam od jednej ze swoich przyjaciółek i blogerek rodem
z Poznania



PRZEPIS NA DOSKONAŁOŚĆ

Masa makowa

  • Mak biały                             25dkg (1 szklanka)
  • Okruchy biszkoptowe        30dkg (2 szklanki)
  • Cukier                                   1 szklanka
  • Orzechy                                 12dkg
  • Rodzynki                               12dkg
  • Margaryna                            40dkg
  • Esencja  migdałowa            10ml (1 aromat)
  • Skórka pomarańczowa       12dkg

Wypłukany mak zaparzamy i odstawiamy na około godzinę. Po tym czasie bardzo dokładnie odsączamy mak i przepuszczamy dwukrotnie przez maszynkę. Zmielony mak przekładamy do garnka, dodajemy cukier, margarynę i przesmażamy wszystkie składniki na niewielkim ogniu stale mieszając. Ważne by uważać, aby mak się nie przypalił. Następnie do ciepłej masy dodajemy rodzynki, orzechy arachidowe  oraz esencję migdałową i całość mieszamy. Gotowa masę przykrywamy i odstawiamy w chłodne miejsce do wystudzenia. Warto taką masę przygotować sobie dzień wcześniej.

 Ciasto
  • Mąka pszenna 500             4,5 szklanki
  • Jaja                                        2 szt.
  • Drożdże                                 ½ kostki
  • Cukier                                   ½ szklanki
  • Mleko 3,2%                       1 szklanka (ciepłe)
  • Olej                                       ½ szklanki
  • Sól                                         2 płaskie łyżeczki
  • Margaryna francuska         300g

Do przesianej mąki dodajemy rozpuszczone drożdże w mleku, cukier, jaja i sól. Składniki lekko mieszamy i wyrabiamy na jednolitą, sprężystą  masę. Pod koniec wyrabiania dodajemy olej, łączymy z ciastem i jeszcze chwilę wyrabiamy. Nie może to trwać za długo, bo ciasto powinno zostać lekko lepiące i chłodne. Następnie należy uformować je w prostokąt, przykryć folią
i schłodzić w lodówce. Schłodzone ciasto powinno się przełożyć na stolnicę i ponownie rozwałkować na prostokąt.


Margarynę trzeba rozsmarować równomierne na cieście
w 2/3.części, a ciasto złożyć na 3 części. Dobrze jest skleić brzegi
i rozwałkować ponownie używając jak najmniejszej ilości mąki do podsypywania. Złożyć tak jak poprzednio na 3 części, proces powtórzyć 3 razy. Po zakończeniu procesu ciasto włożyć do lodówki na co najmniej 5-10 godzin. Przeciąć wzdłuż dłuższego boku na 2 części. Każdy powstały
w ten sposób pasek pokroić na trójkąty.
Masę przełożyć do rękawa cukierniczego i wycisnąć  nadzienie na ciasto. Następnie  zwijamy rogaliki  - najlepiej zacząć od podstawy.
Gotowe rogale rozkładamy na blaszce i zostawiamy do wyrośnięcia aż podwoją swoją objętość.  W międzyczasie rozgrzewamy piekarnik do 180ºC. Wyrośnięte rogale smarujemy  jajkiem rozrobionym z wodą (1:1)  i pieczemy około  20 minut, aż się ładnie zarumienią.

Lukier:

  • 200 g cukru pudru
  • kilka łyżek gorącej wody

Ciepłe jeszcze rogale lukrujemy według uznania i posypujemy orzechami włoskimi lub siekanymi migdałami



Przy tej okazji nie mogę nie wspomnieć i serdecznie podziękować DEKOSTYL w Puławach za umożliwienie wykonania sesji zdjęciowej do powyższego artykułu. . Dekostyl to autorskie studio aranżacji kwiatowych gdzie pracują profesjonaliści, którzy od 1999 r.  z  dużym doświadczeniem 
i ogromnym zamiłowania do kwiatów oraz profesjonalnym ujęciem przedmiotów tworzą przepiękne aranżacje dekoracyjne ślubne i weselne. Jeśli planujecie ślub, wesele, komunię lub inne ważne wydarzenie w Waszym życiu i chcielibyście aby oprawa tego wydarzenia wyglądała nietuzinkowo – powinniście skontaktować się z DEKOSTYL w Puławach. 





wtorek, 27 października 2015

Ale energia … czyli … koktajl z grejpfruta, banana, pomarańczy, ananasa i żurawiny


Macie się ochotę lekko podkręcić? W jesienne wieczory trudno o optymistyczne nastawienie i energię?
U nas teraz jest wprost przeciwnie … wraz z grupą miłośników dobrego humoru i samopoczucia rzuciłyśmy jesiennej chandrze wyzwanie i powiedziałyśmy stanowcze NIE!
Po pierwsze spotykamy się w grupie bo w grupie jest siła.
Po drugie zdrowo zaczęłyśmy się odżywiać i motywować do działania.
Po trzecie ruch bo powszechnie wiadomo, że ruch to zdrowie :) Po czwarte śmiejemy się i tupiemy :)
Czy ktoś ma ochotę do nas dołączyć?  Przyjmujemy wszystkich chętnych, a na dobry początek zapraszam na koktajl, który doda Wam energii i wyzwoli  jeszcze więcej sił witalnych, a to dopiero początek :)



Potrzebne będzie:
(składniki na dwie szklanki)
  • 1/2 pomarańczy
  • 1/3 czerwonego grejpfruta
  • 2 plastry świeżego ananasa - nie może być z puszki!!!
  • 1 mały banan lub 1/2 dużego 
  • garść suszonej żurawiny (najlepiej bez cukru, ale wiem, że trudno ją kupić)
  • woda mineralna do uzupełnienia (opcjonalnie)

Jak wykonać:
Ananasa obrać ze skóry, pokroić w kostkę lub wystarczy
w plastry – jeśli będziecie używać blendera wysokoobrotowego do zmiksowania
Pomarańczę i  grejpfrut obrać ze skóry pozostawiając tylko sam miąższ.
Banana obrać ze skórki i pokroić w plasterki lib połamać na mniejsze kawałki.
Wszystkie owoce dokładnie zmiksować razem z żurawiną w blenderze lub mikserem ręcznym z odpowiednią końcówką do miksowania. Jeżeli nie lubicie zbyt gęstych koktajli możecie koktajl uzupełnić wodą do pożądanej konsystencji miksując lub blendując go ponownie. 


poniedziałek, 26 października 2015

O zupie, która nie uwiodła ani młodego ani starego … czyli… Jesienna i lekko rozgrzewająca zupa krem z czarnej rzepy.


Znacie takie powiedzenia?
Rzepa krzepi :)
Silny jak rzepa ;)
Te powiedzenia wzięły się zapewne stąd, że rzepa jest twarda niczym mięśnie siłacza :) a tak całkiem serio rzepa jest to jedno
z tych warzyw które zostało  zapomniane przez kucharzy
i kucharki oraz gospodynie domowe, a dostarcza nam wielu witamin (C,PP,B1 i B2,A  oraz soli mineralnych: wapnia, fosforu
i żelaza). Jednym słowem – rzepa to bardzo wartościowe warzywo, które w dodatku jest bardzo niskokaloryczne. 100g rzepy to tylko 33kalorie. Czarna rzepa ma zastosowanie nie tylko w kuchni … ponieważ zwiększa wydzielanie soków trawiennych, działa żółciopędnie i przeciwbakteryjnie w przewodzie pokarmowym. Pomaga przy kaszlu, zapaleniu górnych dróg oddechowych, kamicy moczowej i niedokrwistości, a sok stosowany do nacierania – przy nerwobólach i zapaleniu korzonków. Tak więc jak widzicie rzepa ma szerokie zastosowanie również w medycynie.
Dodam, że jako nastolatka nacierałam głowę sokiem z rzepy w celu zwiększenia gęstości włosów :) Co ja bym dała aby mieć ich teraz tyle co wtedy … hihihi



Cóż i na tym koniec wychwalania rzepy … ponieważ zupa jaką przygotowałam moim panom w domu nie przypadła im do gustu. Rzepa nie uwiodła ani Młodego, ani Pana K. Owszem zjedli :( mieszając dziesięć razy więcej łyżką w talerzu niż trzeba, ale prosili, abym więcej tej zupy nie robiła.
Potem jeszcze zupa z rzepy była obiektem drwin podczas rodzinnego spotkania i na tym mogłabym zakończyć ten wpis, ale …
Zupa z rzepy ma niepowtarzalny, lekko, naturalnie zaostrzony smak. Jest niepretensjonalna no i bardzo zdrowa. Zupa jesienna o wyszukanym, ciekawym smaku, który można modyfikować poprzez dodawanie odpowiednich ziół lub innych dodatków. Swoją zupę podałam z czarnuszką i pietruszką zieloną. Inną opcją może być odrobina czosnku i łyżeczka masła, które nada zupie maślanego smaku.
Jestem ciekawa jakie kombinacje przyjdą Wam do głowy. Może zechcecie się ze mną nimi podzielić? :)


 
Potrzebne będzie:
  • 1,5l wywaru warzywnego lub rosołu
  • 2-3 średniej wielkości rzepy obrane i pokrojone w kostkę lub paski
  • 1 pora (biała część) pokrojona w paski
  • 1 duży ziemniak obrany i pokrojony w kostkę
  • 2 średniej wielkości pietruszki pokrojona w talarki lub paski
  • ½ łyżeczki czarnuszki
  • 2 - 3łyżki gęstej śmietanki
  • sól, pieprz do smaku
  • 2-3 kromki razowego chleba
  • 1 łyżka dobrego oleju lub oliwy do smażenia

Jak wykonać:
Warzywa (wszystkie poza rzepą) umyte, obrane i pokrojone wkładamy do garnka lub na patelnię i smażymy do momentu lekkiego zrumienienia. Następnie przekładamy je do garnka lub zalewamy na tej samej patelni  wywarem  (tylko tyle by bulion zakrył warzywa) dodając  pokrojoną rzepę i przyprawy. Gotujemy do miękkości. Pod koniec gotowania dodajemy natkę pietruszki. Wszystko miksujemy w blenderze  (lub ręcznie) dodając  odrobinę śmietanki.
Podajemy z grzankami z ciemnego pieczywa pokrojonymi
w kostkę i przyrumienionymi na patelni z odrobiną oliwy lub bez.
Wychodzi jesienna i lekko rozgrzewająca  zupa krem.
Polecam ;)


wtorek, 20 października 2015

Słoneczne jajo … czyli … pasta jajeczna z kiełkami słonecznika.


Kiedy dziś rano otwarłam oczy – szybko je zamknęłam.
Na dworze było szaro, zimno i dżdżysto. Jesień w najgorszej postaci zawitała w moje progi i chyba przez najbliższe dni nie odpuści. Pomyślałam sobie, że jeśli teraz jesień dobierze się mi do skóry i rozbierze na mniejsze kawałeczki to co to będzie
w listopadzie i w grudniu kiedy mój nastrój spada zwykle poniżej zera? Poleżałam jeszcze chwilkę, w myślach przywołując najpiękniejsze obrazy minionej wiosny i ciepłego i słonecznego lata. Wstałam, ubrałam się ciepło i wymyśliłam energetyczne śniadanie dla siebie. Kubek kawy na początek i zapomniana, dawno niejedzona pasta jajeczna. Tym razem z kiełkami słonecznika. Dziecinnie proste wykonanie, a już przy jedzeniu humor mi dopisywał i aura za oknem nie miała wpływu na moje myśli i samopoczucie. Nie myślcie, że tylko kilka jajek jest
w stanie poprawić mi humor :)
Najważniejsza jest motywacja! Stosuję też metodę małych kroków z zasadą … pomału ale zawsze do przodu :)
Najtrudniejszy jest pierwszy krok … ale jednak możliwy.
 
A do wykonania pasty jajecznej z dodatkiem kiełków słonecznika potrzebne będzie:
  • 4 jaja ugotowane na twardo – najlepsze te od „kur szczęśliwych”
  • 2-3 garście kiełków słonecznika (nie żałuj sobie)
  • 1-2 łyżeczki od herbaty śmietany lub jogurtu naturalnego
  • sól, pieprz do smaku

Sposób wykonania:
Ja swoją pastę wykonałam w blenderze, więc nie miałam specjalnie dużo pracy. Najpierw wrzuciłam do blendera kiełki
i je zblendowałam, a następnie dodałam obrane jaja na twardo
w całości i blendowałam całość przez chwilę. Dodałam  śmietankę, doprawiłam solą i pieprzem, zmieszałam po raz ostatni na najniższych obrotach. Pasta była gotowa.


 Jeśli nie macie blendera to tą samą pastę należy wykonać następująco:
Kiełki należy poszatkować bardzo drobno, a jajka można rozgnieść w misce widelcem.
Wszystko wymieszać i połączyć ze śmietanką lub jogurtem
i doprawić do smaku solą i pieprzem.
Pastę podaję na chlebie razowym ze słonecznikiem posmarowanym prawdziwym masłem.



Czy wiecie że:
Kiełki słonecznika dostarczają organizmowi człowieka wielu witamin i minerałów ale przede wszystkim są bogactwem fosforu i wapnia, które wzmacniają nasze kości i zęby ale też biorą i są niezbędne w procesie krwiotwórczym i mają wpływ na poziom i jakość naszego żelaza w organizmie. Kiełki słonecznika to również bogactwo magnezu, potasu, miedzi
i cynku oraz jako nieliczne zawierają w sobie niezbędną
i cenioną vit.D

 


Smacznego  i dobrego dnia kochani :)

piątek, 16 października 2015

Buraczki raz! ... czyli ... Zupa buraczkowa - krem


Buraczki kocham najbardziej na świecie. Ostatnio zainspirowana komentarzem jednego z czytelników zakisiłam sok  z buraków
w ramach eksperymentu … Co z tego wyszło możecie przeczytać tutaj pod całym tekstem w komentarzach :) jeżeli jesteście ciekawi. Jedno jest pewne – buraczki są zdrowe, pyszne
i zbliżają ludzi jak się okazuje.
A dziś w ten pochmurny i dżdżysty poranek zabrałam się do przygotowywanie aromatycznej zupy krem z buraczków, a żeby była rozgrzewająca to dodałam do niej odrobinkę imbiru.


Jak wykonać:
przepis na jedną porcję
  • 3 średniej wielkości   ugotowane lub upieczone wcześniej buraki
  • 1 ugotowana lub upieczona wcześniej marchewka
  • 1  ugotowany ziemniak
  • ½ łyżeczki imbiru
  • ½ łyżeczki gorczycy
  • 2 łyżeczki zielonej kolendry lub zielonej pietruszki
  • 1 łyżeczka śmietanki
  • 1 łyżeczka masła
  • 1 -2 szklanka bulionu warzywnego
  • sól, biały pieprz i cukier(opcjonalnie) do smaku
  • 1-2 łyżki  cytryny 

Jak wykonać:
Umyte warzywa posmarowałam delikatnie oliwą i upiekłam
w piekarniku. Można je również ugotować.
Po wystudzeniu obrać warzywa ze skórki i pokroić w kostkę lub w talarki, włożyć do garnka, w którym uprzednio na rozgrzanym maśle przesmażona została delikatnie gorczyca z imbirem (tylko tak by nad patelnią unosił się delikatny zapach maślano-imbirowo-gorczycowy i aby masło się nie przypaliło). Po tym zabiegu wymieszać warzywa z masłem i przyprawami,
a następnie zalać je  wywarem tylko w takiej ilości aby przykrył warzywa. Zagrzać ale raczej nie gotować. Następnie zmiksować lub przełożyć do blendera i zblendować . Zieloną kolendrę lub natkę można podać na końcu – posypując nią zupę lub można zblendować/ zmiksować ją razem z warzywami. Na koniec dodaję sok z cytryny mieszając wszystko bardzo starannie.
Lubię kiedy zupa krem z buraczków ma ostry wyrazisty  kwaskowaty smak dlatego soku z cytryny sobie nie żałuję. Czasami dodaję też gęstego octu balsamicznego. Wykańczam kleksem kwaśnej śmietany.


czwartek, 8 października 2015

Ale bigos … czyli … jesienny bigos z dyni.


Piękną jesień mam za oknem i w swoim malowniczym miasteczku. Przejechałam dzisiaj na dwóch kółkach kilka kilometrów zaglądając do Mariny nad Wisłą i na bulwar.
W parku miejskim, gdzie rosną ponoć jeszcze drzewa, które sadził sam Tadeusz Kościuszko bawiłam się liśćmi. Byłam sobie … byłam dla siebie. Tej chwili nie zabierze mi nikt.
Spotkałam się niedawno z Przyjacielem, który zachęcał minie do poczucia samej siebie, do nie uciekania przed sobą.
Pozostawiłam więc zgiełk miasta i życie tętniące wokół mnie gdzieś za sobą … zaczęłam słyszeć swój oddech,  pozwoliłam swoim myślom płynąć jak obłokom po niebie. Nieoczekiwanie zrobiło się nawet przyjemnie.
Spotkanie sam na sam ze sobą początkowo było trudne, ale potem było już tylko lepiej i lepiej … nie chciało mi się wracać …
Powrót był prozaiczny … złapałam „kapcia” widać miałam wracać spacerem do domu by dłużej delektować się sobą i tą chwilą, choć przyznam się, że byłam już lekko poirytowana, ale nie dałam się ogarnąć złym mocom :) Po powrocie przygotowałam szybko pyszną potrawę ... bigosik ze złocistej dyni i powróciłam do świata … 7 nieodebranych połączeń,
12 sms-ów, o mailach i FB nie wspomnę :)
Warto się było zatrzymać i poruszyć samą siebie. Posłuchać co mam sobie do powiedzenia … bo niezłych rzeczy się nasłuchałam.
Bądźmy dobrzy dla siebie.


Bigos z dyni - przepis autorski

Do przygotowania bigosu z dyni potrzebne będzie:
Porcja dla 1 osoby:
  • 30-40dkg dyni obranej i pokrojonej w dużą kostkę
  • 1 łyżka masła lub oleju rzepakowego
  • 1 łyżeczka przyprawy – suszone pomidory, czosnek, bazylia – opcjonalnie
  • 2 pomidory pokrojone w dużą kostkę
  • ½  łyżeczki  czarnuszki
  • 50ml białego  wytrawnego wina – opcjonalnie
  • 70ml/50ml soku z brzoskwiń lub pomarańczy
  • Sól do smaku
  • Zielona kolendra lub pietruszka do posypania i wykończenia dania.

Jak wykonać:
 
Na rozgrzaną patelnię wrzucam masło (może być klarowane) lub rozgrzewam olej i przyrumieniam lekko dynię z każdej strony. Dynia szybko mięknie i nabiera maślanego aromatu. Kiedy jest zarumieniona posypuję ją swoją ulubioną przyprawą
z suszonych pomidorów, czosnku i bazylii i jeszcze przez chwilę mieszam delikatnie na patelni. Dodaję pokrojone pomidory
i czarnuszkę. Chwilę duszę na wolnym ogniu, co jakiś czas mieszając delikatnie drewnianą łyżką. Po niecałych 10 minutach wlewam sok z pomarańczy (najlepiej taki świeżo wyciśnięty) albo z brzoskwiń, a po następnych 5-10 minutach wino. Mieszam wszystko delikatnie odparowując wino.
W zależności od rodzaju dyni – podczas jej obróbki termicznej kawałeczki miękną i rozbijają się czasem na „niteczki” przypominając poszatkowaną kapustę – dlatego nazwałam tę potrawę przewrotnie bigosem bo: wino było, pomidory także,
a "dyńka" czasami potrafi się zachować jak kapusta - zwłaszcza ta makaronowa :)
Gotową potrawę posypać poszatkowaną drobno zieloną kolendrą lub pietruszką.

UWAGA! do tej potrawy można użyć każdego rodzaju dyni,
a szczególnie polecam Dynię Makaronową, Kumi Kumi
i nieśmiertelną Dynię Hokkaido, którą dostaniecie na każdym bazarze i w każdym sklepie.