niedziela, 26 kwietnia 2015

Jestem slow jestem food ... czyli ... zapomniane gatunki, odzyskane smaki - topinambur i lędźwian w roli głównej

Pasztet z lędźwianu był doskonały

W dniu dzisiejszym miałam przyjemność uczestniczyć 
w kolejnym spotkaniu Convivium  Slow Food Lubelskie. Tematem spotkania były „Zapomniane gatunki, odzyskane smaki”. Spotkanie odbyło się w gościnnym i otwartym na takie wydarzenia Zielonym Talerzyku w Lublinie. Może pamiętacie, ale pisałam całkiem niedawno o tym niezwykłym miejscu :)


Gościł nas Zielony Talerzyk, ale gwiazdami spotkania był topinambur i lędzwian. To dwa przedwojenne, dobrze znane gatunki roślin uprawnych, które dzięki ludziom skupionym w takich stowarzyszeniach jak Slow Food Lublin, czy Slow Food Polska zostaną przypomniane i ocalone od zapomnienia, a być może już wkrótce na dobre powrócą na stałe do naszej diety i na nasze stoły.

Doskonały pasztet z lędźwianu z pomidorami

O lędźwianie i o swoim ekologicznym gospodarstwie pod Lublinem opowiadała ciekawie pani Jolanta Pecio  
Pani Jola wraz z mężem od wielu lat w zgodzie z naturą,
w tradycyjny sposób bez użycia środków chemicznych uprawia rośliny w swoim gospodarstwie położonym w Zabłociu niedaleko Nałęczowa. 


Lędźwian w całej okazałości :)

O topinamburze zaś miał swoją prelekcję pan Sławomir Chmiel, który jest plantatorem żeńszenia w Polsce, niedaleko Świdnika
Oboje prelegenci mówili ciekawie i zainteresowali słuchaczy nie tylko topinamburem i lędźwianem, ale również innymi swoimi płodami rolnymi. I tak mogliśmy się dowiedzieć wielu ciekawostek o uprawie i przetwarzaniu żeńszenia, o siemieniu lnianym, diecie budwigowej i olejach rzepakowych, o orkiszu
i samopszy …


Topinambur :)

Każdy z uczestników mógł na miejscu zakupić wszystkie produkty o których rozmawialiśmy z prelegentami. Zakupiłam dość pokaźną ilość topinamburu oraz lędźwianu, który znam już od lat i dobrze wiem jakie ma walory smakowe i zdrowotne (dlatego bardzo ochoczo przybyłam na zaproszenie Slow Food Lublin)


W między czasie gotowaliśmy wcześniej obrany topinambur na zupę. Kiedy nadeszła właściwa pora, czyli po części oficjalnej (gdy topinambur był już miękki) wspólnymi siłami zrobiliśmy
z niego zupę krem z dodatkiem świeżych, młodych pokrzyw – przyniesionych przez jedną z uczestniczkę spotkania. Degustacji nie było końca bo na stole pojawiły się również prócz zupy przepyszne pasztety z lędźwianu pieczone przez p. Mariolę. Były więc pasztety z suszonymi pomidorami i ze śliwką oraz z orzechami (ale chyba tego ostatniego nie miałam okazji skosztować). Poza zupą z topinambura i wspomnianych już pysznych pasztetów z lędźwianu mieliśmy przyjemność degustacji probiotyku, liofilizowanego i kiszonego topinambura oraz  napoju energetyzującego tyle, że naturalnego z żeńszenia. 
Gotujący się topinambur na zupę krem :)

Biesiadowaliśmy przy dużym stole, a rozmów nie było końca … 

Zupa krem z topinamburu z dodatkiem świeżych pokrzyw miała niezapomniany i niepowtarzalny  smak :)
  
Topinambur - Słonecznik bulwiasty 
Wartości odżywcze bulw topinambura są godne polecenia, zwłaszcza osobom chorym na cukrzycę, zawierają bowiem nie skrobię, lecz aż 18% inuliny, przekształcającej się we fruktozę (cukier prosty) dobrze tolerowaną przez diabetyków.
Można go stosować w celu poprawienia przemiany materii
i utrzymania właściwej mikroflory jelit, w profilaktyce cukrzycy, nowotworów, chorób serca i naczyń oraz przy niewydolności nerek i arytmii serca. Ponadto wzmacnia układ odpornościowy
i pomaga w stanach przewlekłego zmęczenia. Bulwy topinambura są bogatym źródłem potasu, żelaza oraz tiaminy. Nie zawierają tłuszczu ani cholesterolu. Informacje podane pochodzą ze strony internetowej http://www.zenszen.com.pl/

Topinambur


Lędźwian - zwany soczewicą podlaską (z rodziny bobowatych) zawiera jak wszystkie strączkowe dużą zawartość białka roślinnego, ale nie ma tak silnych właściwości wzdymających jak pozostałe.


Ekipa TVP Lublin dzielnie przyglądała się naszym wszystkim kuchennym poczynaniom oraz z zaciekawieniem wysłuchała prelekcji :) po czym wspólnie zasiedliśmy do stołu. Panowie
z ekipy byli początkowo zaskoczeni menu jednak z ochotą konsumowali nasze propozycje zapomnianych gatunków,
a jednak z pewnością odzyskanych smaków topinambura 
i lędźwiana w roli głównej.
A już we wtorek  28 kwietnia na TVP Lublin o godz. 17. 30 w programie Zobacz co słychać będzie można zobaczyć relację telewizyjną z naszego miłego spotkania.




Więcej zdjęć na Facebook

środa, 15 kwietnia 2015

Takie to proste ... czyli ... szpinak i roszponka z rzodkiewkami i zielonym ogórkiem w lekkim sosie włoskim


Nie mogłam przekonać swoich mężczyzn do szpinaku aż wreszcie się udało. Co prawda tylko w wersji na surowo, ale zawsze to już coś.
Jak mawiają … pierwsze koty za płoty :)
Do dzisiejszego obiadu przygotowałam lekką, wiosenną  sałatę.
 

Potrzebne będzie:
  • 1 opakowanie roszponki
  • ½ opakowania szpinaku w liściach (świeżych)
  • 3 niewielkie ogórki gruntowe
  • 1 pęczek rzodkiewki
  • 5-8 pomidorków koktajlowych
Na sos:
  • 2-3 łyżki oliwy
  • 2-3 łyżki soku z cytryny
  • ½ łyżeczki cukru lub 1 łyżeczka miodu
  • ¼  łyżeczki kurkumy
  • szczypta: soli, pieprzu, bazylii suszonej
  • 1 łyżeczka posiekanego drobno koperku
  • 1 łyżeczka posiekanej drobno kolendry

Liście roszponki i szpinaku dokładnie umyć pod bieżącą wodą
i osuszyć. Dodać pokrojone w plasterki ogórki i rzodkiewkę. Pomidorki koktajlowe pokroić na połówki lub ćwiartki i również dodać do sałaty.
Teraz pozostaje już tylko wykonanie sosu.
Z wymienionych składników najpierw przygotować podstawowy sos winegret czyli połączyć oliwę, cytrynę i cukier lub miód
i dobrze wymieszać. Następnie dodać resztę składników
i ponownie wszystko dokładnie wymieszać.  Powstałym sosem polać przygotowaną sałatę.





Mała zagadka: ciekawe czy zgadniecie, który z chłopaków skusił się na szpinak?  :)

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Młody gotuje … czyli … ryż curry z papryką, ananasem i kukurydzą


Było leniwe, słoneczne przedpołudnie. Pan K. wyjechał
„w poszukiwaniu szczęścia”, a my z Młodym pozostaliśmy na gospodarce :)

- Młody, co Ci dobrego przygotować na obiadek? – zapytałam
- Nic, sam gotuję – odparł swym młodzieńczym i lekko chropowatym już głosem Młody
- No ale jak to??!! – zapytałam lekko przerażona i lekko zdziwiona
- No tak to Mamuś, sam sobie zrobię i kropka.
- Ale co sobie zrobisz Kochanie?
-Ryż z przyprawą curry.
 
Usłyszawszy menu na dzisiejszy obiad mojego syna oniemiałam
i  struchlałam. Pomyślałam – po moim trupie! :)
Pozwoliłam Młodemu zająć się jego ulubioną czynnością czyli młóceniem  w jakąś grę komputerową, a sama zaczęłam obmyślać jakąś strategię by przekonać Młodego by zmienił po pierwsze menu, a po drugie, by pozwolił mi pomagać
w tworzeniu swego obiadu.
Nie będę się rozpisywać jakich sprytnych zabiegów użyłam by jednak Młody zmienił zdanie co do suchego ryżu i curry, ale powiem jedynie, że i ja i Młody czuliśmy się zwycięzcami. Szału nie było, ale było smacznie i kolorowo.



 
Potrzebne będzie:
  • 1 paczka (torebka ugotowanego ryżu basmati)
  • 1 czerwona papryka
  • 1 zielona węgierska ostra papryka (możecie ją zastąpić papryczką chili
  • 1 puszka fasoli czerwonej (lub ugotowanej)
  • 1 puszka słodkiej kukurydzy (może być ½ kukurydzy)
  • 1 puszka ananasa  (ja wolę niepokrojony)
  • 1 łyżka oliwy
  • Przyprawa curry w dowolnej ilości – wg smaku i upodobań
  • opcjonalnie: kawałki piersi z kurczaka podsmażone, zielona kolendra, zielona cebulka

 Jak wykonać :

Na  patelni rozgrzałam oliwę. Wrzuciłam pokrojoną w paseczki czerwoną paprykę oraz cienko pokrojoną w krążki ostrą papryczkę – nie smażyłam jej. Czekałam, aż lekko puści sok. Do papryki dodałam niewielką ilość curry (około 1/2 łyżeczki) czerwoną fasolę i słodką kukurydzę. Wszystko delikatnie mieszałam i czekałam aż się na patelni smaki połączą. Na koniec dodałam pokrojonego ananasa. Część pokroiłam w małe kawałeczki, a część plastrów zostawiłam w połówkach lub ćwiartkach. To nadało potrawie interesującej faktury i wyglądu. Na koniec uzupełniłam   dużą ilością curry do smaku
i połączyłam z ugotowanym ryżem. Podlałam wszystko syropem z puszki po ananasie , dokładnie wymieszałam i zawołałam Młodego na obiad.
Niestety, o zielonych dodatkach typu siekana kolendra czy dymka mogłam zapomnieć. Młody nie toleruje zieleniny w potrawach. Na kurczaka też nie dał się namówić tym razem … choć przyznał, że następnym można by kurczaka jednak dodać

- Widzisz Mamuś jaki fajny obiad sobie wymyśliłem – skwitował krótko.
 
Nie protestowałam :)

sobota, 11 kwietnia 2015

Odwiedziny ... czyli ... ZIELONY TALERZYK - recenzja lokalu (materiał niesponsorowany)



       Zielony Talerzyk to lokal proekologiczny w stylu slow food przy Królewskiej 3 w Lublinie. Dlaczego postanowiłam o nim dla Was napisać?
Uważam, że to jeden z lepszych lokali w Lublinie niezależnie od tego czy się jada mięso czy też nie. W Zielonym Talerzyku, każdy znajdzie dla siebie coś odpowiedniego. Lokal serwuje, bowiem dania wegańskie, wegetariańskie, ale również z zawartością białka zwierzęcego. Menu jest odpowiednio oznakowane
i widoczne dla każdego, ponieważ zamieszczone i wypisane jest w centralnym punkcie lokalu na dużej tablicy. To co mnie urzeka w menu Talerzyka to jego dynamizm. Zmienia się niesamowicie szybko i jest nieregularne. Potrafi się zmienić nawet w ciągu jednego dnia kilkakrotnie. Nigdy nie wiadomo, co będzie serwowane danego dnia, kiedy się przyjdzie do Zielonego Talerzyka na posiłek.  Uwielbiam niespodzianki i kuchnię w tym lokalu, dlatego nie mam z tym zbytniego kłopotu.



W barze można zamówić posiłki oraz piwo z małych browarów regionalnych, napary ziołowe, herbaty, kompot ze świeżych lub suszonych owoców, pyszną kawę i niesamowicie pyszne ciasto. Uśmiechnięta obsługa jest zawsze cierpliwa, uśmiechnięta
i bardzo pomocna.



Szefową kuchni jest Marysia – kreatywny cukiernik.  Powiem Wam, że sernik czekoladowy, sernik z koziego serka, pyszne tarty marchwiowo-pomarańczowe lub curry marchwiowe z kokosem, które miałam przyjemność smakować i zajadać z wielkim apetytem za pierwszym razem, gdy trafiłam do ZT podbiły moje serce. Zachęcam Was również do zakosztowania wszelakich zup pysznych.  Jadłam w Talerzyku niepowtarzalny krem z buraków z pianką z kawy oraz pomidorowo-kokosową i kosztowałam
z "innych" talerzy zupy dahl z soczewicą i przepysznego barszczu ukraińskiego. Poezja moi mili, poezja.



Najprzyjemniejszą częścią pobytu w Zielonym Talerzyku jest oczekiwanie na posiłek i deser. Możemy wtedy prowadzić swobodne rozmowy z przyjaciółmi, czytać lub uczyć się do egzaminów, lub po prostu odpoczywać obserwując ludzi i to co dzieje się w lokalu słuchając delikatnej, nastrojowej muzyki. To wszystko zapewni Wam dyskretna, miła i nienarzucająca się obsługa. Wtedy też otrzymacie przed posiłkiem czekadełko złożone z wypiekanego (przez personel talerzyka) chleba
i przepysznych past lub humusu. 



Kwintesencją posiłku jest zaś deser do którego Was namawiam.


Dumą lokalu są lody. Własne lody. Miałam okazję spróbować tych delicji i zachęcam Was do ich wypróbowania, bo nigdzie w Lublinie, a może i dalej nie dostaniecie takich lodów jak właśnie tu w Zielonym Talerzyku. Polecam szczególnie lody z białą czekoladą i wodą różaną, lody z karmelem i rozmarynem, lody
z jabłkiem i trawą cytrynową. Niestety lodów z buraków czerwonych i maku nie było, ale szefowa kuchni Marysia zapewniała, że są równie pyszne.



Jeśli będziecie mieli szczęście przywita Was już w drzwiach gościnna właścicielka lokalu Małgorzata. To niezwykle ciepła  osoba, która potrafi zadbać o klimat swojego lokalu i o dobry nastrój swoich gości. Miałam tę przyjemność i szczęście, że Małgosia wypiła ze mną pyszną kawę, jaką podaje się w Zielonym Talerzyku i opowiedziała mi historię swego życia oraz zdradziła mi filozofię, na jakiej oparła prowadzenie swego lokalu.Małgorzata zdobyła swoje wykształcenie kulinarne w Holandii i tam też się doskonaliła. W Holandii prowadziła również swoją własną firmę kulinarną
Too Greeen For Ordinary People.



Wystrój Zielonego Talerzyka jest skromny, ale … tworzy niepowtarzalną i ciepłą atmosferę, którą nie łatwo powtórzyć gdziekolwiek. Prawdziwe doniczki z ziołami na stołach, wygodne drewniane meble, duże stoły dla wieloosobowych spotkań i małe kameralne dla kilku osób, par, a nawet singli. Zaręczam, że nikt w lokalu Małgorzaty nie poczuje się obco. Na ściennych półeczkach wystawione są do sprzedaży własnoręcznie zrobione marynaty i inne przetwory made in Zielony Talerzyk. Na wprost wejścia podziwiać możemy dwa duże płótna artysty malarza Franciszka Znamierowskiego, który pochodzi z Lublina, ale przez jakiś czas żył, tworzył i wystawiał swoje prace również poza granicami naszego kraju.



Jego motto artystyczne to: „Na początku było Nic. Czyste płótno. Od momentu położenia farby zaczyna się historia”



Zielony Talerzyk to miejsce, gdzie nie tylko karmi się ludzi. To miejsce, gdzie zaprasza się ludzi i ich aktywizuje, łączy i z nimi współpracuje. To miejsce energetyczne, które przyciąga wielu znamienitych gości oraz organizuje wiele spotkań, koncertów, targów…



Nie piszę o cenach, ponieważ menu się zmienia … ceny jednak nie są wygórowane. Każdy znajdzie coś na swoją kieszeń i swoje podniebienie.
Zielony Talerzyk jeszcze niejednym może Was ugościć
i niejednym Was zaskoczyć :)
 
Zielony Talerzyk
Lublin, Królewska 3
Czynne:  8.00-22.00
https://www.facebook.com/ZielonyTalerzyk
można płacić kartą, Wi-Fi,

To nie jest tekst sponsorowany. Nawet właściciel lokalu nie prosił o jego napisanie. Mam nadzieję, że będzie dla niego miłą niespodzianką i prezentem :)

piątek, 3 kwietnia 2015

Z płatków róży … czyli … mazurek różany


Autorka tego mazurka Maja Skorupska określiła tego mazurka na swoim blogu, jako „niebo w gębie”.
Powiem Wam w sekrecie, że nie myliła się…
Pierwszego różanego mazurka wykonałam w zeszłym roku. Rodzina podeszła do niego bardzo nieufnie i mimo, że bardzo ładnie się prezentował i rozsiewał piękną woń różaną dokoła – to przez całe święta mazurek nie znalazł na siebie amatora. Jednakże po świętach, kiedy wszystkie smakołyki się pokończyły nadeszła jego pora  - ostatnia :) Jak już Pan K. raz spróbował różanego mazurka, tak mazurek zniknął w ciągu dwóch dni.
W tym roku Pan K. osobiście nadzorował i pilnował aby mazurek różany znalazł się na mojej liście wypieków.
Co prawda przepis trochę zmodyfikowałam, bo jak dotąd w mojej kuchni brakuje wciąż wody różanej, ale za to mam prawdziwe, aromatyczne płatki dzikiej róży, które ucierał sam Pan K.
a zbierała je latem cała nasza rodzina podczas nadmorskich wędrówek.

Co będzie potrzebne:
 
na spód mazurka:
  • 200g mąki pszennej
  • 140g masła, zimnego, pokrojonego w kostkę
  • 1 żółtko
  • 80g cukru pudru

na nadzienie mazurka:
  • 150g białej czekolady
  • 2-3 łyżki konfitury z róży
  • 5 dużych łyżek śmietany kremówki
  • 2 łyżki wody różanej lub płatków różanych w cukrze
  • 3 łyżeczki świeżego koncentratu z buraków, czystego, bez przypraw lub sok wyciśnięty
    z surowego buraka
  • płatki migdałów do posypania   

Jak wykonać:

Najpierw trzeba upiec spód pod mazurek. Wykorzystując ten przepis lub inne - dzień wcześniej wypiekam wszystkie potrzebne spody pod zaplanowaną ilość mazurków. To bardzo ułatwia
i wbrew pozorom przyspiesza pracę przy ich ostatecznym wykonaniu i zdobieniu.


Mąkę i cukier roztarłam tak jak Maja z masłem, dodałam żółtko, zagniotłam ciasto, dolewając odrobinę wody w trakcie. Ciasto zawinęłam w folię i włożyłam do lodówki na 30 minut.
Podłużną formę wyłożyłam papierem do pieczenia. Ciasto rozwałkowałam i wylepiłam nim spód formy do wysokości  1cm. Nakłułam w kilku miejscach i włożyłam do lodówki na kolejne 30 minut.
Spód podpiekłam w piekarniku rozgrzanym do 180'C aż był złocisty, przez około 30 minut (bez termoobiegu)Wyjęłam i wystudziłam.

Przygotowanie nadzienia różanego:
 
Przygotowanie nadzienia jest bardzo proste. Wzięłam 1i1/2 tabliczki białej czekolady i wraz ze śmietanką zaczęłam ją rozpuszczać  w garnku na gazie przez cały czas mieszając. Gdy czekolada się rozpuściła i połączyła ze śmietanką – odstawiłam ją z palnika i pozwoliłam lekko ostygnąć. Po ostygnięciu dodałam sok wyciśnięty z 2 buraków (zdecydowanie wolę sok z buraków niż jego koncentrat) i ponieważ niestety nie posiadam wody różanej dodałam swojego tajnego specyfiku jakim są płatki
z dzikich róż ucierane z cukrem. W tej chwili są tak oleiste
i pachnące i aromatyczne, że nadały mojemu mazurkowi swoistego charakteru. Kropki nad i dodaje nam konfitura z róży. Wszystko wymieszałam i powstało niesamowicie różane nadzienie do mazurka.
Podobnie jak Maja Skorupska lubię prostotę, więc posypałam tylko swojego mazurka płatkami migdałowymi.

Smacznego mazurka ;)

Inspiracja Maja Skorupska blog: majaskorupska.blogspot.com
Dzięki Maja

czwartek, 2 kwietnia 2015

Paschy nie będzie … czyli szybki sernik, pyszny sernik



Tak w tym roku paschy nie będzie. Pisałam już o swoich kłopotach z czasem, ale nie czas jest powodem, że paschy w tym roku nie będzie. Nie będzie paschy i mnie nie będzie :)
Piekę mazurki, baby i zmykam w inny świat. Pascha nie nadaje się do transportu, pascha dostojna jest i lubi spokój. Moja pascha lubi się przebierać, stroić i migdalić, a w surowych warunkach
w jakich się znajdę nie będzie miejsca na takie zabiegi. Musiałam zatem zrezygnować z paschy i jej pięknego wiosennego przybrania :)
Nie ma jednak tego złego, z ratunkiem pośpieszył mi mój Agulek z przepisem za super sernik w dechę i w pudełko. Dosłownie
w pudełko! Jak sami widzicie zrobiłam swój sernik do pudełeczka po ciasteczkach, szczelnie go zamknę i przewiozę mam nadzieję bez szwanku.
Niestety nie pokażę Wam jak wygląda serniczek w przekroju, ale obiecuję zrobić fotki już na miejscu i dołączyć po powrocie do wpisu.


 
Co będzie potrzebne:
  • 1kostka masła,
  • 1wiaderko sera  mielonego (ja użyłam z Łowicza) ,
  • 1szklanka cukru,
  • 4jajka,
  • 1cukier waniliowy,
  • 2budynie śmietankowe
  • 2 duże opakowania herbatników maślanych (ja kupiłam dwupak 2x200g)
  • 4 połówki brzoskwiń z puszki

Jak wykonać:
 
Masło roztopić ale nie gotować, dodać cukier, ser i jajka.
Mieszać wszystko bardzo dokładnie i powoli podgrzewając, ale uważać aby masa się nie zagotowała. Na koniec dodać budyń
w proszku i dobrze wymieszać.
Na spodzie pojemnika lub blachy wyłożyć pierwszą warstwę herbatników i przełożyć masą serową. Na masę wyłożyć pokrojone w kostkę owoce brzoskwini lekko wgniatając je w ser
i następnie znów przełożyć herbatnikami i serem. Ponieważ
z założenia dodałam tylko brzoskwinie na jedną warstwę, ale jeśli macie ochotę – możecie powtórzyć to dowolnie. Razem
z Agulkiem uważamy, że sernik będzie za słodki przy dużej ilości brzoskwiń. Zakończyłam wylewając ser na herbatniki cieniutką warstewką. Na wierzch możecie wylać polewę czekoladową lub karmelową lub na przykład wylać galaretkę z przybraniem owocowym.
Tym razem zrobiłam tradycyjną polewę czekoladową :)
Już nie mogę się doczekać kiedy się dobierzemy do tej puszki …

Przełożyć herbatniki. Polać czekoladą lub karmelem