piątek, 27 lutego 2015

Jestem slow, jestem food. Jestem slow food … czyli sałatka z soczewicy i pieczonych warzyw z orzechami.


Jeszcze w styczniu będąc na pierwszym, tegorocznym spotkaniu Lubelskiego Convivium Slow Food  w Zielonym Talerzyku
w Lublinie
miałam okazję wysłuchać ciekawej prelekcji p. Zofii Kijek na temat roślin strączkowych ich uprawy, właściwości
i walorów smakowych.


 
Dlaczego warto jeść strączkowe?
  • bo to bogate źródło białka, skrobi, witamin z grupy B, wapnia, fosforu, potasu, żelaza i magnezu
  • bo powolne ich trawienie powoduje szybkie uczucie sytości, ułatwiają odchudzanie i dają dużo energii
  • bo są korzystne dla leczenia chorób układu sercowo - naczyniowego, problemów trawiennych, dolegliwości dróg żółciowych, cukrzycy i otyłości.

 Państwo Kijek ze swego gospodarstwa ekologicznego przywieźli na to spotkanie swoje plony, które mogliśmy jako uczestnicy Convivium nabyć po preferencyjnych cenach.
Slow Food Polska, którego integralną częścią jest Convivium Lubelskiego Slow Food to międzynarodowa organizacja stojąca na straży zdrowego, regionalnego, wolnego od konserwantów
i innych polepszaczy jedzenia.
W Zielonym Talerzyku, który był tym razem gospodarzem spotkania odbyło się też wspólne przygotowywanie potraw slow food’owych, a następnie wspólne śniadanie i delektowanie się przygotowywanymi potrawami oraz rozmowy i wzajemne poznawanie się.


 
Wraz z  grupą uczestników Convivium miałam przyjemność przygotowywać następującą sałatkę ( przy czym było dużo kreatywności, śmiechu, dobrej zabawy i wymiany doświadczeń):



Co będzie potrzebne:
  • 1 ½ szklanki ugotowanej zielonej soczewicy
  • 2 marchewki (upieczone wcześniej w piekarniku lub na grillu)
  • 2 pietruszki (upieczone wcześniej w piekarniku lub na grillu)
  • ½ selera (upieczonego wcześniej w piekarniku lub na grillu)
  • ½ łyżeczka kminku
  • 3 łyżki oleju rzepakowego lub lnianego lub innego
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 1 duża garść orzechów włoskich
  • 1 łyżka posiekanego zielonego koperku
  • 1 łyżka posiekanej zielonej pietruszki
  • ½ cytryny
  • 1-2 łyżki miodu (opcjonalnie)
  • sól, pieprz do smaku

Jak przyrządzić:
 
Do ugotowanej i przestudzonej soczewicy dodać pokrojone
w drobną kostkę upieczone warzywa. Następnie posiekać lub przecisnąć przez specjalną wyciskarkę czosnek, dodać posiekane orzechy oraz posiekany koperek i pietruszkę. Wszystko połączyć z wybranym przez siebie olejem i sokiem wyciśniętym z cytryny
i miodem (opcjonalnie - jeśli ktoś ma ochotę). Wszystko dobrze wymieszać doprawiając solą i pieprzem. Można schłodzić przed podaniem.


 
Tak przygotowana sałatka ma bardzo orzeźwiający smak i jest bardzo sycąca.
 
Mając nadzieję, że spróbujecie mego przepisu – życzę Wam smacznego



Pragnę przypomnieć, że czekam również na Was na mojej stronie na Facebooku

Jestem slow, jestem food. Jestem slow food … czyli sałatka z soczewicy i pieczonych warzyw z orzechami.


Jeszcze w styczniu będąc na pierwszym, tegorocznym spotkaniu Lubelskiego Convivium Slow Food  w Zielonym Talerzyku
w Lublinie
miałam okazję wysłuchać ciekawej prelekcji p. Zofii Kijek na temat roślin strączkowych ich uprawy, właściwości
i walorów smakowych.


 
Dlaczego warto jeść strączkowe?
  • bo to bogate źródło białka, skrobi, witamin z grupy B, wapnia, fosforu, potasu, żelaza i magnezu
  • bo powolne ich trawienie powoduje szybkie uczucie sytości, ułatwiają odchudzanie i dają dużo energii
  • bo są korzystne dla leczenia chorób układu sercowo - naczyniowego, problemów trawiennych, dolegliwości dróg żółciowych, cukrzycy i otyłości.

 Państwo Kijek ze swego gospodarstwa ekologicznego przywieźli na to spotkanie swoje plony, które mogliśmy jako uczestnicy Convivium nabyć po preferencyjnych cenach.
Slow Food Polska, którego integralną częścią jest Convivium Lubelskiego Slow Food to międzynarodowa organizacja stojąca na straży zdrowego, regionalnego, wolnego od konserwantów
i innych polepszaczy jedzenia.
W Zielonym Talerzyku, który był tym razem gospodarzem spotkania odbyło się też wspólne przygotowywanie potraw slow food’owych, a następnie wspólne śniadanie i delektowanie się przygotowywanymi potrawami oraz rozmowy i wzajemne poznawanie się.


 
Wraz z  grupą uczestników Convivium miałam przyjemność przygotowywać następującą sałatkę ( przy czym było dużo kreatywności, śmiechu, dobrej zabawy i wymiany doświadczeń):



Co będzie potrzebne:
  • 1 ½ szklanki ugotowanej zielonej soczewicy
  • 2 marchewki (upieczone wcześniej w piekarniku lub na grillu)
  • 2 pietruszki (upieczone wcześniej w piekarniku lub na grillu)
  • ½ selera (upieczonego wcześniej w piekarniku lub na grillu)
  • ½ łyżeczka kminku
  • 3 łyżki oleju rzepakowego lub lnianego lub innego
  • 1-2 ząbki czosnku
  • 1 duża garść orzechów włoskich
  • 1 łyżka posiekanego zielonego koperku
  • 1 łyżka posiekanej zielonej pietruszki
  • ½ cytryny
  • 1-2 łyżki miodu (opcjonalnie)
  • sól, pieprz do smaku

Jak przyrządzić:
 
Do ugotowanej i przestudzonej soczewicy dodać pokrojone
w drobną kostkę upieczone warzywa. Następnie posiekać lub przecisnąć przez specjalną wyciskarkę czosnek, dodać posiekane orzechy oraz posiekany koperek i pietruszkę. Wszystko połączyć z wybranym przez siebie olejem i sokiem wyciśniętym z cytryny
i miodem (opcjonalnie - jeśli ktoś ma ochotę). Wszystko dobrze wymieszać doprawiając solą i pieprzem. Można schłodzić przed podaniem.


 
Tak przygotowana sałatka ma bardzo orzeźwiający smak i jest bardzo sycąca.
 
Mając nadzieję, że spróbujecie mego przepisu – życzę Wam smacznego



Pragnę przypomnieć, że czekam również na Was na mojej stronie na Facebooku

środa, 25 lutego 2015

Hu hu ha nasza zima zła … czyli … zupa narciarzy


Sezon narciarski już prawie za nami i przyznam się, że trochę mi szkoda tej zimy bo w tym roku nie miałam niestety ani razu nart przypiętych :(
Lubię za to ten czas w górach kiedy czuje się już wiosnę
w powietrzu, słonko na stoku przygrzewa, dnia przybywa, jest cieplutko. Narty w marcu i kwietniu to coś dla takiej amatorki białego szaleństwa jak ja.
Tym razem również będą góry, ale nart w dalszym ciągu nie będzie. To wyjazd typowo relaksacyjny. Mam zamiar dużo wypoczywać, spacerować, zażywać słońca i podziwiać Pana K. jak w pięknym stylu zjeżdża na deskach.
 
Na początku sezonu narciarskiego miałam zamiar ugotować dla swoich narciarzy pyszną zupę – krem z marchwi, ale poniosło mnie troszeczkę i wyczarowałam dla nich prawdziwą zupę narciarzy :) Jest rozgrzewająca i sycąca. W sam raz dla kogoś kto właśnie przyszedł ze stoku, jest przemarznięty lub bardzo głodny



Do przygotowania zupy narciarzy potrzebne będzie:
  • 1/5 – 2 l wywaru warzywnego lub rosołu
  • 3 marchewki
  • 2 pietruszki
  • 1 mały kawałeczek selera
  • 1 duża cebula
  • 4 ziemniaki
  • kubeczek śmietanki 18% lub jeśli nie zważacie na kalorie (czasem można) kubeczek śmietany 30%
  • sól, pieprz biały, liść laurowy, ziele angielskie, kurkuma, lubczyk (najlepszy świeży, ale suszony również może być)
  • *opcjonalnie puree z kukurydzy (z jednej puszki) lub puree z pieczonej dyni (mam takie w zamrażarce)
  • kawałeczek imbiru
  • natka pietruszki lub jarmużu do posypania

Jak przygotować:
 
Wszystkie warzywa myjemy, obieramy i kroimy w kostkę.
Zalewamy niewielką ilością wody i pod przykryciem gotujemy do miękkości z dodatkiem soli, pieprzu, liścia laurowego, ziela angielskiego i lubczyku.
Cebulkę kroimy w kostkę lub piórka
i smażymy na patelni na złoty kolor. Ziemniaki obieramy, kroimy w kostkę i gotujemy oddzielnie.
Po ugotowaniu warzyw i przesmażeniu cebuli miksujemy lub blenderujemy (jak mawia Jakubiak) dokładnie wszystkie ugotowane warzywa (można wyciągnąć przed miksowaniem liść laurowy i ziele angielskie – jeśli nie lubicie tego specyficznego smaku).
Po zblenderowaniu warzyw dodajemy puree z kukurydzy (za którym przepada Młody) lub puree  z pieczonej dyni oraz starty na tarce imbir i  ½ łyżeczki kurkumy.
Wszystko zalewamy bulionem lub rosołem
i ponownie dobrze blenderujemy.
Gorącą zupę łączymy następnie ze śmietanką i uważamy aby już się nie zagotowała.
Zupę podajemy posypaną zieleniną – ja posypuję ją drobno posiekanym jarmużem i pietruszką. 


Na końcu można doprawić do smaku solą i pieprzem jeśli uznacie, że trzeba.
 
Pozostaje już tylko czekać na głodnych narciarzy :)


piątek, 20 lutego 2015

Jako tako … czyli … Makaron Hibachi


Makaron Hibachi to dla mnie makaron dwóch sosów : sosu sojowego i sosu teriyaki. To one nadają mu smak, a olej sezamowy całkowicie zmienia smak tej potrawy … Ale od początku :)
Jak wiecie Maja Córka Zegarmistrza czyli moja córka ma upodobania do kuchni wschodu. Kręci ją kuchnia japońska, chińska, indyjska i różne modyfikacje związane z owymi.  Przemierza bezkresne czeluście internetowych portali kulinarnych, czyta różne blogi kulinarne, ogląda programy kulinarne na wszystkich możliwych kanałach świata :), a potem przychodzi do mnie i mówi: mamuś gotujemy :)
Tym razem padło na makaron zwanym Hibachi. Przepis wyszperała gdzieś w necie, przetestowała go na swoim Lubym
i twierdząc, że Luby przeżył i ma się dobrze. Zachwalała ten przepis przez dobrych kilka dni, więc postanowiłyśmy w końcu go wspólnie wypróbować.

Na początku zredukowałam ilość masła podanego w przepisie o połowę i chwała mi za to bo chyba mój makaron byłby daniem pływającym w maśle. Potem było już tylko lepiej. Makaron był nawet smaczny do momentu, w którym trzeba było dodać olej sezamowy. Uwielbiam ten olej, ale w tym przypadku, dodany do makaronu – zmienił zupełnie jego smak. Powstało inne danie :) Całość ratowała fasolka szparagowa, którą ugotowałam po raz pierwszy w życiu w parowarze.  Dostałam, a właściwie odziedziczyłam go i mam zamiar korzystać z niego częściej. Fasolka  była przepyszna.
Podsumowując Maja i jej Luby bardzo chwalili sobie ten makaron. Mnie nie porwał, aczkolwiek był zjadliwy. Po prostu jego smak nie trafił dobrze w moje kubki smakowe. No i ten jego kolor :(
Natomiast Młody zajadał się makaronem wprost z patelni i jak możecie się domyślać nie tkną niestety fasolki.
 



Dziś piątek … Młody poprosił o Makaron Hibachi, a my z panem K. na pewno zjemy sobie coś innego :)
Co będzie potrzebne:
Porcja na 4 osoby
  • ½ makaronu linguine lub innego makaronu (np. spaghetti)
  • 1-1 ½   łyżki masła (w oryginale były aż 3 łyżki masła!!!)
  • 2-3 duże ząbki czosnku
  • 3 łyżki cukru (ja dodałam cukru brązowego, ale biały również może być)
  • 4 łyżki "cienkiego" sosu sojowego 
  • 1 łyżka sosu teriyaki
  • sól i pieprz do smaku
  • 1 łyżka oleju sezamowego
  • 1 łyżka sezamu
  • 1 opakowanie zielonej fasolki szparagowej w całości albo inne warzywa kolorowe
  • sól, pieprz do smaku

Jak przygotować:

Makaron ugotować jak na opakowaniu – al dente. Po ugotowaniu odstaw.
Na średnim ogniu rozgrzej wok lub patelnię i stop na niej masło oraz przeciśnięty przez praskę czosnek. Smaż go tylko przez chwilę aż zacznie pachnieć (uważaj! Można go łatwo przypalić! Wtedy i masło i czosnek są do wyrzucenia bo potrawa – tu makaron - będą gorzkie :( )
Do masła i czosnku dodaj cały makaron i wymieszaj go dobrze – tak by masło i czosnek połączyły się z całym makaronem. Dodaj cukier, sos sojowy, sos teriyaki i zmieszaj (ja przed przystąpieniem do pracy wymieszałam oba sosy razem, połączyłam je z cukrem i wymieszałam. To bardzo ułatwiło pracę). Chętni mogą jeszcze doprawić makaron solą i pieprzem. My z Mają poprzestałyśmy na świeżo zmielonym pieprzu.
Następnie  zdejmij z ognia, dodaj oleju sezamowego i dobrze wymieszaj cały makaron
Podawaj gorące i posypane prażonym sezamem i ugotowaną  fasolką szparagową lub innymi kolorowymi warzywami.



Cóż, jestem ciekawa waszych wrażeń …


Natchnieniem dla Mai i dla mnie był przepis z bloga Farah




środa, 18 lutego 2015

I po balu Panno Lalu … czyli popielcowe … śledzie w zalewie octowej


… „ Gdy o północy rozdzwaniały się w kościele dzwony, milkła muzyka, gasły wszędzie światła. „Po wielu domach gospodarz na lasce wnosił wiązkę śledzi przywiązanych, obnosił wkoło zapowiadając koniec dni szalonych. Po zamożniejszych rodzinach śledzie robiono z marcepanu, przynoszono na półmisku, rozrzucając wśród dziewcząt, które myśląc, że to prawdziwe, uciekały w popłochu.”
A gdy domowy zegar kończył wybijać godzinę 12, godzinę przejścia od zapustów do postu, pani domu wchodziła do jadalni z półmiskiem przykrytym pokrywą. Ucztujący obstępowali ją kołem, a gospodarz podnosił pokrywę, spod której „ulatywało ptaszę, najczęściej wróbel, mające symbolizować płochość”. Na półmisku zostawały śledzie, jajka
i kubek mleka, główne potrawy maślanej kolacji zwanej podkurkiem …”.*

 
Tak, tak, - tak się z dawien dawna bawiono i jadano (śledzie
z marcepanu, jaja, śledzie, mleko ….). Ja nie próbowałam jeszcze połączenia śledzia z jajkiem i mlekiem i pewnie długo się na taki zestaw nie pokuszę, ale gdyby znalazł się odważny i jeszcze zechciał się podzielić ze mną swoimi wrażeniami to proszę
o kontakt:)
 
Moja propozycja na dziś?
Oczywiście śledzie i to nie z marcepanu:)
Proponuję tradycyjne śledzie w zalewie octowej. W tym roku robiłam je pierwszy raz, a przepis otrzymałam od swojej ulubionej Cioteczki Alicji, o której zapewne już niebawem będziecie mogli przeczytać słów kilka (o jej pasjach, podróżach, kulinariach) w moich Sekretach MiD :)
 
Czy wiesz, że?…
 
Zaletą śledzia jest to, że już niewielka ich porcja zapewni Ci całodzienne zapotrzebowanie na kwasy omega-3
Wadą śledzia jest jego nadmierne zasolenie. Dlatego też przed ich spożyciem, a już przy wstępnej obróbce śledzie należy wymoczyć w wodzie – w ten sposób pozbywamy się nadmiaru zasolenia śledzi.



Do przygotowania śledzi w zalewie octowej potrzebne będzie:
  • ½ kg śledzi matiasów
  •  woda do namoczenia śledzi
  •   mleko do namoczenia śledzi
Marynata:
  • szklanka octu,
  • 4szklanki wody,
  • 2 łyżki cukru,
  • pieprz,
  • gorczyca,
  • ziele angielskie,
  • liść laurowy,
  • 1-2 cebula (do smaku - opcjonalnie)

Jak wykonać:
 
Po wymoczeniu całych solonych śledzi w wodzie – wodę należy zmieniać, co godzinę lub opłukaniu filetów (ciocia moczy filety przez 2-3 godz. w mleku, potem spłukuje je wodą) umieszczam śledzie w słojach i zlewam przestudzoną marynatą.

Ja wykonać marynatę?
To bardzo proste … do wrzącej wody (w ostateczności można użyć jej troszeczkę mniej, bo miałam mało śledzi, a dużo za dużo zalewy. Można też dokupić śledzi :) ) dodajemy cukier ocet
i przyprawy. Mieszamy i marynata gotowa :)
Z cebulą jest tak …. Ja nie wyobrażam sobie tych śledzi bez dużej ilości cebuli więc kroję cebulę w piórka lub aby było bardziej zwyczajnie w pół-krążki  i napycham swój słoik cebulą
(w przepisie napisałam 1-2 ale ten kto lubi cebulkę w śledziach może sobie używać do woli).
Natomiast są i tacy, którzy tej cebuli w śledziach nie potrzebują
i w tym przepisie jest ta opcja, że cebula może być dodatkiem nieznaczącym.
Zachęcam jednak do dodania chociażby jednej, niewielkiej cebuli (nie trzeba jej wcześniej parzyć).
 
Jak pisałam wcześniej, jeśli marynata jest już przestudzona, można śledzie pokroić w dzwonka i włożyć do słoja oraz zalać sowicie marynatą.
Odstawiamy w chłodne miejsce na 2-3 dni
Już mi ślinka cieknie, a Wam?



Dodam jeszcze, że takie śledzie można podać w wieczór wigilijny, wieczór andrzejkowy, w każdy wieczór jeśli bardzo lubicie śledzie :)
Śledzie takie są również bazą do wykonanie śledzi w różnych innych smakach ...

Wpadło mi w oko jeszcze staropolskie przysłowie:
 
„Zapust smutny, post wesoły – będziesz człeku przez rok goły.”

*Przysłowie oraz  cały wstęp został zaczerpnięty z książki Hanny Szymanderskiej Polskie Tradycje Świąteczne wydane przez Świat Książki w 2003

wtorek, 17 lutego 2015

Zapusty, zapusty i po zapustach … czyli … śledzik w oleju na Ostatki.


Ten kto się nie wyszalał w karnawale ten niewiele ma czasu by nadrobić stracony czas. Dziś ostatni dzień szalonego czasu. Możemy szaleć, pląsać, jeść mięso, używać do woli, swawolić, ale pamiętajmy, że tradycyjnie  wraz z wybiciem północy nastanie czas postu.
W moim rodzinnym domu ostatki nazywano potocznie „śledziem”. Skąd taka nazwa się wzięła - nie wiem???
Rodzice nie obchodzili jakoś zbyt hucznie pożegnania karnawału. Ot, może czasem ktoś z ich dobrych znajomych czasem wpadł na „karciochy”, w które przepadali grać (zazwyczaj w Kanastę - parami).
Mama przygotowywała wtedy śledzie na różne sposoby. Najbardziej uwielbiałam te zwykłe w oleju z cebulką. 

Takie dzisiaj właśnie chciałam Wam zaproponować jako prostą, klasyczną i można rzec staropolską przystawkę ostatkową. Śledzie te mają również powodzenie w inny wieczór … są doskonałe na Wigilię.
W ogóle są świetne przez cały rok … nie chwaląc się :)

Moja Mama, a teraz ja śledzie w oleju z cebulką robię tak:



porcja na 1 słoik po dżemie
Potrzebne będzie:
  • 2-3 śledzie (uważam że najlepsze do tego będą matias’y)
  • 1-2 średniej wielkości cebule pokrojone w kostkę
  • dobrej jakości olej lub oliwa do zalania śledzi
  • odrobina soku z cytryny lub octu winnego lub zwykłego octu 10%
  • sól i pieprz do smaku

Jak wykonać:
Jeśli macie wpływ na to i widzicie jakie kupujecie śledzie to radzę: kupujcie śledzie jasne – prawie białe, jędrne i całe (nie poszarpane na brzegach – ich mięso musi być zwarte).
Dobrze wybrane śledzie należy odpowiednio namoczyć. Pierwszy raz na godzinę. Następnie wylać wodę i czynność powtórzyć.
Po kolejnej godzinie śledzie zanurzyć po raz ostatni do wody
z dodatkiem octu, który sprawi, że ości w śledziu zmiękną. Nie należy jednak przesadzać z ilością dodanego octu ponieważ może się zdarzyć,  a raczej na pewno zdarzy się, że śledzie zgorzknieją
i będą nadawały się do kosza. Zachowajcie zatem umiar. Lepiej dać łyżkę czy nawet dwie mniej octu niż biegać po śledzie zamiast do fryzjera :)
Namoczone śledziki osuszyć i pokroić w dzwonka. Cebulę pokrojoną w kostkę (w ostateczności mogą być piórka) wyłożyć na sito i sparzyć dokładnie wrzątkiem. Gorącą cebulkę zostawić na chwilkę do przestygnięcia.
Do czystego słoiczka układać na przemian:
Cebulkę skropioną sokiem z cytryny lub octem (winnym lub zwykłym) i posypaną świeżo zmielonym pieprzem, na to 2-3 dzwonki śledzia, olej lub oliwa i ponownie cebulka skropiona sokiem lub octem i posypana pieprzem, a na to śledziki w dzwonkach i olej lub oliwa i tak do wyczerpania zapasów.
Zwykle nie używam w swojej kuchni octu … ale do śledzi – zawsze! (do tego przepisu).
Słoik zakręcamy na kilka godzin i wstawiamy do chłodnego miejsca.

UWAGA!!! Śledzie sprzedawane w małych kubełkach są nieco mniej słone i można je moczyć nieco  krócej :)

Życzę Wam dobrej zabawy w tę ostatnią noc karnawału
no i smacznego śledzia :)

środa, 4 lutego 2015

Dwa światy, dwa budynie … czyli … deser budyniowo-owocowy


Do przygotowania tego właśnie deseru natchnęły mnie dwa zdarzenia. Po pierwsze – otrzymałam całkiem niedawno dwa słoiczki bardzo słodkich jagódek zbieranych przez moją ulubioną i ukochaną Przyjaciółkę Serca (dziękuję Ci Kasieńko, są przepyszne), a że jagody prosto z serca Kaszeb pochodzą to korciło mnie bardzo by je jak najszybciej wypróbować. Po drugie w naszym domku zawsze problem filozoficzny mamy czy budyń czekoladowy czy waniliowy zrobić na deser. Tym razem postanowiłam nie ulegać młodszej i słabszej płci ale też nie chciałam być jakąś budyniową zołzą. Postanowiłam zrobić dwa w jednym. Aby też wszystkich zadowolić to i polewy zrobiłam dwie, zadowalając i Młodego i siebie. Młody przepada za truskawkową, a ja za jagodową.
Co z tego wyszło? Sami zobaczcie …. 



Potrzebne będzie:
  • 1 l mleka
  • 1 budyń waniliowy (ulubionej firmy)
  • 1 budyń czekoladowy (ulubionej firmy)
  • ½  opakowania mrożonych truskawek (u mnie porcja mrożonego musu – przygotowanego ze świeżych truskawek).
  • ½ opakowania mrożonych jagód lub jagody w cukrze pasteryzowane (u mnie kilka łyżek jagód pasteryzowanych z cukrem oraz mrożone jagody nazbierane w lipcu w okolicznych lasach :) ).
  • cukier do budyniu wg przepisu na opakowaniu i do osłodzenia truskawek jeśli to konieczne

Jak przygotować:
Niestety nie przygotowuje sama budyniu, ale jak ktoś chętny to może tą czynność wykonać.
Zrobiłam budynie jak podano w opisie. Gdy trochę przestygły przełożyłam je w równych częściach do wysokich szklanek. Dałam na dół najpierw waniliowy, przelałam go zimnym musem truskawkowym z odrobiną cukru jeśli był zbyt kwaśny. Następnie przykryłam mus truskawkowy warstwą budyniu czekoladowego
i polałam go jagodami pasteryzowanymi w cukrze. Posypałam po wierzchu całymi jagodami, które wcześniej rozmroziłam. Wszystko utworzyło mieszankę słodkawo-kwaskowatą. Taką jaka nam odpowiada chyba najbardziej.
Początkowo obawiałam się co moi faceci – konserwatyści powiedzą na taką formę deseru, ale patrząc na puste szklaneczki i zadowolone miny moje obawy były bezpodstawne.


wtorek, 3 lutego 2015

Jestem fit … czyli … sałata z czerwonym grapefruitem i granatem


Mężczyźni zabrali swoje dzidy i wyruszyli na polowanie :)
Co to dla mnie oznacza w praktyce? W praktyce oznacza to dla mnie wiele, bardzo wiele…
 
Po pierwsze kilka chwil wytchnienia
 
Po drugie kilka chwil tylko dla siebie
 
Po trzecie łazienka należy tylko i wyłącznie do mojej dyspozycji, no może jeszcze kota, ale on potrafi zrozumieć co mogę robić w łazience przez 2, 3 godziny :)
 
Po czwarte gotuje i jem co chcę.
 
Po piąte słucham czego chcę i kiedy chcę  i nikomu nie przeszkadzam
 
Po szóste relaks, relaks, relaks
 
Dziś kasza pęczak i sałata. Sami zobaczcie czy taka sałata nie jest dobrym daniem na lunch lub dodatkiem do dania głównego?
 
Potrzebne będzie:
  • mix sałat (Lodowa, Endywia, Radicchio, Rukiew wodna, Roszponoka )
  • 1 duży grapefruit
  • 1 duży granat
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1-2 łyżeczki miodu
  • 100ml oliwy z oliwek lub dobrego oleju
  • sól, pieprz do smaku

Jak przygotować:
 
Do miski wrzucamy po kilka garści wybranych przez siebie sałat (obranych, umytych i osuszonych). Grapefruita myjemy, obieramy ze skóry, a następnie pozbawiamy albedo (biała skórka) i pozostawiamy tylko sam miąższ, który kroimy na drobne cząsteczki i dodajemy do sałaty. Granat wystarczy umyć
i przekroić na pół. Jeżeli jest dojrzały jego pestki bardzo łatwo wydostać ze środka. Pestki z obu połówek dodać do sałaty. Wystarczy już teraz zrobić sos vinegret.
Ja robię go do tej sałaty w sposób następujący: do wysokiego słoiczka wlewam oliwę lub dobry olej, dodaję miód i cytrynę oraz odrobinę soli i pieprzu. Zakręcam słoiczek i tak długo potrząsam nim jak shakerem, aż wszystkie składniki dokładnie się połączą, a miód rozpuści. Kiedy to nastąpi sos jest gotowy i można nim polać przygotowaną sałatę. Wszystko dokładnie wymieszać
i sałata gotowa.
 
Smacznego życzę i idę relaksować się dalej :)

poniedziałek, 2 lutego 2015

Jesteś szalona ... czyli Karnawałowa woda imbirowa z miodem i pomarańczą z dodatkiem cytryny i mięty


Całkiem niedawno zachęcałam Was do picia czarnej herbaty z imbirem, goździkami, miodem pomarańczami i dziką różą. Była to herbatka dobrze rozgrzewająca tzw. herbatka zimowa
Dzisiaj, ponieważ karnawał jeszcze trwa... Ha! karnawał
w pełnym rozkwicie mamy, dlatego proponuję Wam coś zimnego, a jednocześnie coś co jest równie zdrowe, wzmacniające i smaczne. Co pozwoli przetrwać Wam na nogach w pląsach do białego rana i gwarantuję, że Wasze samopoczucie na drugi dzień będzie równie świetne o ile nie przesadziliście
z czymś innym :)


Napój imbirowy z miodem, pomarańczą lub cytryną jeśli ktoś woli i miętą. Super sprawa. Wypróbowany sposób na ugaszenie pragnienia, wzmocnienie organizmu, zniwelowanie skutków ubocznych po karnawałowej imprezie i nie tylko. Można, a nawet powinno się pijać częściej tylko w karnawale :) Zachęcam

Do wykonania 1 szklanki napoju imbirowego potrzebne będzie:
  • 2-3 plastry pomarańczy ze skórką
  • 1-2 łyżki cytryny
  • 1 kawałek imbiru obranego i posiekanego w drobną kosteczkę
  • 1 łyżka miodu lub syropu z agawy dla tych co nie używają miodu
  • kilka listków mięty
  • woda


Jak wykonać:

Szklankę napełnij dobrej jakości wodą mineralną, dodaj soku
z cytryny i kilka listków mięty. Następnie dodaj tyle miodu ile uważasz za stosowne. Miód w tym przepisie jest jak sól i pieprz do smaku, więc niech każdy sam doda sobie tyle miodu ile uważa za stosowne i lubi. Ja zwykle dodaję jedną dużą łyżkę miodu. Wszystko dobrze wymieszaj do rozpuszczenia się miodu. Następnie dodaj obrany ze skórki i pokrojony w drobną kosteczkę (jak najdrobniej) imbir. Znowu wszystko starannie wymieszaj. Ma koniec dodaj dwa, a może nawet trzy plastry pomarańczy – przekrojone na pół. Udekoruj napój listkiem mięty i podawaj znajomym lub delektuj się sam lub sama. Czysta przyjemność.



Moja rada.
Oczywiście nie przyrządzam pojedynczej szklanki napoju tylko zawsze większą ilość :) Dlatego opracowałam sobie taki patent, który sprawia, że miód mi się szybko rozpuszcza,
a przygotowywanie i wody imbirowej, i herbatki rozgrzewającej staje się szybkie i przyjemne.

Biorę duży kawałek imbiru, obieram go i siekam najdrobniej jak umiem Z dwóch, a nawet trzech cytryn wyciskam sok i wlewam do słoika. Do soku z cytryny dodaję miód w ilości dużej bo lubię miód i jest on pożądany.
Sok cytrynowy błyskawicznie rozpuszcza miód. Do miodu z cytryną dodaj imbir i mieszanka jest gotowa.
Możesz ją sobie dodawać do wody, do herbaty, użyłam jej nawet do jakiegoś ciasta.
Można ją przechowywać w lodówce spokojnie przez ok. 7 dni. Może można i dłużej ale tego jeszcze nie sprawdziłam bo zawsze wcześniej się kończy :)