czwartek, 29 stycznia 2015

W rytmie reggae … czyli … koktajl truskawkowy z mango i kiwi



Nie będę się zbytnio rozpisywać bo nie ma nad czym. W zimowy wieczór sącząc szklaneczkę tej ambrozji powracam wspomnieniami na gorące plaże wsłuchując się w szum fal
i wiatru wołanie.


Potrzebne składniki:

  • Świeże lub mrożone truskawki (w moim przypadku zmiksowana zamrożona pulpa truskawkowa – zajmuje mniej miejsca w zamrażalniku)
  • 1 dojrzałe mango
  • 2-3 bardzo dojrzałe kiwi (warunek podstawowy – muszą być słodkie)
  • Miód/cukier/syrop z agawy – dosładzamy opcjonalnie wedle upodobania


Jak wykonać:


Mango i kiwi obieramy, truskawki rozmrażamy. Każde z owoców miksujemy oddzielnie i układamy warstwami w szklance – ostrożnie by się nie wymieszały.

Można oczywiście dosłodzić sobie któryś z pojedynczych
i zmiksowanych składników ale zachęcam by wybierać owoce dojrzałe wtedy ich słodycz będzie na tyle zadowalająca, że dosładzanie będzie zbyteczne.



 Chyba nie muszę dodawać, że schłodzony smakuje najlepiej? :)

Delektujcie się :)

wtorek, 27 stycznia 2015

Żeby nie było nudno … czyli ... surówka z białej rzodkwi.


Młody chce kotleta no to ma! Ostatnio jeśli chodzi o obiady,  obracamy się w temacie kotleta, pizzy, chili con carne
no i ewentualnie spaghetti lub lasagne. Wszystko oczywiście z mięsem, żadnych warzyw no bo jakże inaczej. Nawet nie próbuję inaczej bo Młody zapowiada z góry – Mamuś tylko żadnych warzyw, grzybów - jednym słowem - żadnych dodatków!  ...  Ostatnio udałam lekkie odchylenie, że pieczarka to nie grzyb, ale niestety :( 
Młody zna się również na grzybach, pieczarkach i wyczuje nawet najdrobniejszy dodatek, który mięskiem nie jest :(
Na dzisiejszy obiad do nudnego kotleta przygotowałam lekką, soczystą surówkę z białej rzodkwi z czarnuszką, jabłkami, pomarańczami i żurawiną. Wszystkie te składniki mój mięsożerny młody mężczyzna lubi.
Niestety wobec surówki pozostał niewzruszony. Cóż, taka karma :)
 
Potrzebne będzie:
  • 1 kawałek białej rzodkwi (połówka z dużej)
  • 1 pomarańcza
  • 1 kwaśne jabłko
  • garść żurawiny
  • ½  łyżeczki czarnuszki (opcjonalnie)
  • 3 łyżki  gęstej śmietany
  • 1 łyżeczka miodu
  • sok z cytryny (opcjonalnie)
  • tarty imbir (opcjonalnie)
  • sól , pieprz do smaku

Jak wykonać:
Rzodkiew obieram i ścieram na tarce o grubych oczkach. Jabłko również obieram i kroję w kostkę dodając do miski z rzodkiewką. Pomarańczę obieram ze skórki i albedo, pozbawiam je pestek
i kroję na małe cząsteczki – łączę z pozostałymi składnikami. Dodaję żurawinę, czarnuszkę, miód oraz w razie potrzeby doprawiam solą i pieprzem (może być ziołowy). Czasem gdy jeszcze „szukam na podniebieniu smaku” dodaję do tej surówki odrobinę (1/2 łyżeczki – 1 łyżeczkę)  soku z cytryny i starty imbir w mikroskopijnej ilości.
Wszystko razem starannie mieszam dodając śmietanę. Można lekko schłodzić przed podaniem. Jest świeża, chrupiąca i bardzo zdrowa.


Biała rzodkiew jest niezwykle bogata w cały szereg wartościowych składników odżywczych. Znajdziemy w niej między innymi mnóstwo cennych witamin (C – ponoć ma jej bardzo bardzo dużo, PP, oraz witaminy z grupy B), soli mineralnych (potas, sód, wapń, fosfor, magnez, żelazo, cynk, molibden), białek, węglowodanów, błonnika, kwasu foliowego. Ma jedynie 12 kcal w 100 g. miąższu, więc jest bardzo niskokaloryczna!!! :)
Jest także polecana osobom cierpiącym na schorzenia nerek
i wątroby ponieważ posiada właściwości moczopędne, żółciotwórcze i żółciopędne. Osoby borykające się z przewlekłymi kłopotami trawiennymi również nie powinny jej unikać.




   

niedziela, 25 stycznia 2015

O miarach i miarkach, o szczyptach i pintach, o gulach i chlustach


Od początku pisania bloga, a nawet dużo wcześniej bo przecież przygodę z samodzielnym gotowaniem rozpoczęłam jakieś 25 lat temu miałam ten sam kłopot … a mianowicie miary i wagi. I nie będziemy się dziś zajmować moją wagą, nie kochani. Moja waga jest moją sprawą i już bardzo dawno zaakceptowałam stan rzeczy. Co jakiś czas miewam zryw kawaleryjski, ale prawdę powiedziawszy kończy się on tak jak dla Krzyżaków pod Grunwaldem :(
Wracając do wag i miar, a raczej miarek – zaprosiłam dziś Maję do publikacji. Mądra ma Córka opowie o własnych doświadczeniach i wnioskach oraz odkryciach w tak ważnej dla nas domenie jaką są skrupulatne odmierzanie składników do przygotowywania wielu wspaniałych potraw.
Przyznam się, że w wielu wypadkach przygotowuję swoje potrawy bez miarek, zupełnie na tzw. „oko” i smak (gorzej z podaniem przepisu).



 
A teraz już tekst Mai 

                     O miarach i miarkach.
Od pewnego czasu pomagam mamie tłumacząc dla niej przepisy, czasem sama też gotuję na podstawie tych, które mnie zainspirują. Ponieważ działam głównie w anglojęzycznym internecie, przepisy również mam po angielsku. Podczas tych eksperymentów natrafiam na dwa główne problemy:
1)    składniki niedostępne lub trudno dostępne w Polsce – tak, nadal są takie, zwłaszcza, jeśli nie mieszka się w większym mieście. Internet pomaga, ale jeśli szuka się czegoś szybkiego
i prostego na obiad... sami rozumiecie;
2)    anglosaskie jednostki – i o nich dziś będę pisać;
System metryczny jest uniwersalny, dokładny, wspaniały
i wspólny dla wszystkich – metr wszędzie wynosi 100cm, litr wszędzie wynosi 1000ml. Jednostki bardziej tradycyjne (jak jardy, mile, stopy, kubki i funty) są różne dla różnych kultur, dla różnych krajów – na prawdę, poszukajcie w Wikipedii.
Co więcej – mimo, iż mój angielski jest naprawdę dobry (nie chwaląc się), potrzebowałam czasu i wprawy, żeby zrozumieć, jak działają te jednostki.
Również na polskich blogach często trafiam  na nie nieumiejętnie przetłumaczone. Nie jest to winą blogerów – miary te są Polakom równie obce, co metry czy mililitry dla Amerykanów (oczywiście uogólniam, nie wątpię że są osoby którym przeliczanie tych jednostek w pamięci przychodzi łatwo – jednak nie do nich jest ten tekst kierowany). Nic dziwnego, że pojawia się problem przy tłumaczeniu, gdy kulturowo brakuje nam odpowiedników.
W tym tekście przedstawię głównie jednostki masy, objętości
i temperatury, a pod koniec również jednostki długości (przydają mi się przy korzystaniu z anglojęzycznych wykrojów i instruktarzy szycia).
Jednostki objętości: filiżanki, łyżki stołowe, łyżeczki do herbaty, pinty i galony
Do napisania tego tekstu natchnął mnie przepis na jednym z ulubionych blogów mamy, w którym w jednym z przepisów ilości podane były w kubkach (lub filiżankach). Po przemyśleniu doszłam do wniosku, że pani blogerka natrafiła na ten sam problem co ja, gdy tłumaczę przepisy dla mamy: otóż kiedy mieszkaniec Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych czyta w przepisie że potrzebuje „1 cup” (dosłownie: filiżanka, czasem też kubek) to nie bierze z szafki dowolnej filiżanki czy kubka. Jest to precyzyjnie odmierzona objętość, wynosząca 236.588 ml (w Stanach). Ilość bardzo nietypowa dla nas, a dodatkowe zamieszanie wprowadza obecność filiżanki metrycznej (250ml) czy „prawnie zatwierdzonej” („legal” cup czyli 240ml). Oczywiście, Brytyjczycy mają swoją filiżankę (284 ml).
„The horror!” Jak zakrzyknęli by Anglosasi.
Ponieważ jednak większość przepisów w internecie pochodzi ze Stanów, możemy przyjąć amerykańskie jednostki użytkowe za te, którym najlepiej zaufać. Jak jednak znaleźć przeliczniki? Tutaj polska Wikipedia niestety nie pomoże, artykuł jest bardzo okrojony. Oto więc one:
1 cup= 236.588 ml
½ cup= 118.294 ml
¼ cup= 59.14706 ml
1/8 cup= 29.57353 ml
1 tablespoon (tbsp.)= 14.7868 ml
1 teaspoon (tsp.) = 4.92892
1 pint = 473.176 ml
1 gallon = 3785.41 ml = 3.78541 l



Żeby jednak nie musieć za każdym razem ręcznie przeliczać jednostek z amerykańskich na nasze, polecam zastosować jeden ze sposobów: zaopatrzenie się w odpowiednie miarki (dostępne w Polsce, choć uważajcie – często zamiast amerykańskiej, stosują filiżankę metryczną) lub użyć Googli. Tak, ta miła wyszukiwarka po wpisaniu w nią „cups to ml” wyświetla nam coś takiego...


Źródło: Google, internet



Bardzo uprzejme z ich strony. Działa też dla galonów, pint, łyżek i wielu innych jednostek.
Ostatnio natrafiłyśmy z mamą też na określenia typu „splash”
i „glug”. Oba są w istocie onomatopejami – słowem powstającym przez zapis dźwięku, jaki wydaje (kolejno): kropla uderzająca o powierzchnię i butelka, gdy wylewa się z niej płyn. Jak je przetłumaczyć? Jak je przeliczyć? Pozostawiam to bardziej doświadczonym i obeznanym kucharzom. Tak samo jak wszelkie szczypty (np moja szczypta to tyle ile zmieści się między palcem dużym a wskazującym, szczypta mamy – ze trzy razy tyle, dlatego mojej potrawy zwykle są dla niej niedosolone :D )


Jednostki masy: funty, uncje
 

Kolejnymi jednostkami, na które możemy trafić przy gotowaniu są funty (pounds) i uncje (ounces). W nawiasach podaję skróty, które nie są dla nas tak oczywiste:
1 pound (lb) = 453.592 gramów = 0.453592 kg
1 ounce (oz) = 28.3495 gramów = 0.0283495 kg
Znów z pomocą przychodzi nam Google lub... waga elektroniczna – większość z nich daje możliwość zmiany jednostki z kg/g na lb lub oz, co usuwa konieczność przeliczania ich za każdym razem.
Dla ciekawostki, podam też, że wagę większą niż funt, Brytyjczycy często podają w kamieniach (stones), na co zwróciłam uwagę przy oglądaniu programu „Supersize vs. Superskinny”.
1 stone = 14 lb = 6.35029 kg
 

Temperatura
 

Jeśli macie kontakt z przepisem amerykańskim, możecie być pewni, że temperatura będzie podana w Fahrenheitach, nawet jeśli nie jest to zapisane w przepisie wprost. Dlatego nie dziwcie się temperaturami w stylu 300 czy 500 stopni. Trzeba przyznać, ze Celsjusze też nie są tak stuprocentowo poprawne, bowiem w układzie SI używa się stopni Kelwina. Jednakże:
100 ºF = 37.7778 ºC
150 ºF = 65.5556 ºC
200 ºF = 93.3333 ºC
250 ºF = 121.111 ºC
300 ºF = 148.889 ºC
350 ºF = 176.667 ºC
400 ºF = 204.444 ºC
450 ºF = 232.222 ºC
500 ºF = 260 ºC
Jak zwykle z pomocą przychodzi nam Google.
 

Jednostki długości: mile, jardy, stopy, cale
Być może nie ma na to miejsca na tym blogu, ale jeśli już omawiamy jednostki, możemy również napomknąć o jednostkach długości.
1 mile = 1.60934 km
1 yard = 0.9144 m
1 foot = 30.48 cm
1 inch = 2.54 cm
Ponownie pomaga nam Google, a w przypadku cali – zwykłe linijki mają je od razu zaznaczone.

Dwie drobne uwagi na koniec:
Wszystkie przeliczenia jednostek przy pomocy „Googli” działają w obie strony: można przeliczać zarówno z kg na lb jak i z lb na kg, zależnie od potrzeby.




Dla niektórych kuchnia jest sztuką pozwalającą na dużą dowolność o ile kierunek pozostaje zgodny z przepisem. Dla innych (dla mnie) przepis jest święty i niezwykle ważny, zwłaszcza, jeśli jest używany po raz pierwszy. Co więcej – w tym samym czasie, kiedy opuściłam ciepłą kuchnię mamy
i uczyłam się sama gotować po swojemu (w akademiku), więcej czasu niż w kuchni spędzałam w laboratoriach (dobre czasy). Stąd i moje podejście do przepisów i jednostek.


Mam nadzieję, że ten nie-krótki felieton pomógł i zaciekawił. Uważam, że każdy podejmujący się tłumaczenia przepisów na język polski wykonuje bardzo dobrą pracę, chcąc przybliżyć nam ciekawe i pomysłowe potrawy z całego świata. Błędy w tłumaczeniach jednostek nie wynikają z ich niewiedzy czy lenistwa a z braku odpowiedników pewnych terminów w języku polskim (kto uważa inaczej niech mi przetłumaczy „pie” na polski, które obejmuje wersje słodkie, wytrawne oraz shepherd’s/cottage pie, życzę powodzenia). Pozdrawiam wszystkich serdecznie.
Maja




Dziękuję bardzo Maju za ten obszerny wykład o tym co nas kreci i co sprawia nam czasami sporo kłopotu.

Ja dodaję jeszcze ze swej strony link do przeliczarki blach i zamykam post.

sobota, 24 stycznia 2015

Co jadają pasterze ... czyli ... zapiekanka pasterska a' la Gordon Ramsay




Ostatnio nie dawałam znaku życia na blogu za co bardzo przepraszam, ale miałam ważne powody osobiste by tak się zadziało. Nie oznacza to jednak, że nie jadłam i piłam, a moja rodzina głodowała. Nic z tych rzeczy. Młody i Pan K. mimo mojej nieobecności duchowej, a czasem fizycznej pod względem kulinarnym mieli się całkiem nieźle. Zresztą Młody sam stawia w kuchni pierwsze kroki pod moją nieobecność i śmiało eksperymentuje, a pizza pana K. to najlepsza pizza jaką jestem sobie w stanie wymarzyć. Siedzę sobie wygodnie, mam czas na swoje ciche sprawki, a pan K robi w kuchni zamieszanie, potem unoszą się w całym domu cudowne zapachy drożdży i oregano. Następnie pan K. kroi i podaje, a ja … tylko jem, delektuję się smakiem i ewentualnie odstawiam talerzyk. Pizza marzeń.
Natomiast kiedy chłopaków nie ma w domu urządzamy z Mają babskie gotowanie. Maja ma już swoje pierwsze koty za płoty
w kuchni i co raz śmielej podchodzi do tematu. Ostatnio zaproponowała abyśmy przyrządziły zapiekankę pasterską według przepisu samego Gordona James’a Ramsay’a. Wielu z was nie muszę tego gościa przedstawiać jednak gdyby ktoś nie wiedział to Gordon James Ramsay jest szkockim mistrzem kuchni, restauratorem i najlepiej zarabiającym szefem kuchni na świecie. Wydaje również swoje książki i prowadzi programy telewizyjne. Najbardziej popularne również w naszej telewizji to Hell’s Kitchen i Kuchenne koszmary.
Czy wiecie dlaczego dziś zapiekanka pasterska Gordona? No właśnie tak! Maja ma lekkiego bzika jeśli chodzi o kuchnię „angielską” (mam szczęście, że nie każe mi gotować w stylu wiktoriańskim) i wszystko i wszystkich co się z nią łączy. 

Zapiekanka Pasterska Gordona Ramsay’a

 
 
Potrzebne składniki:
 
na nadzienie
  • 2    łyżki oleju (może być rzepakowy)
  • 70dkg mielonej wołowiny lub jagnięciny
  • Sos Worcester (kilka pluśnięć)
  • bulion (ok ¼ filiżanki)
  • 1    duża marchewka (starta)
  • 1   duża cebula (starta)
  • świeży rozmaryn (1-2 duże gałązki)
  • świeży tymianek (wg smaku i uznania)
  • czosnek (wyciskany lub starty, 4 ząbki)
  • sól, pieprz do smaku
  • puree lub pasta pomidorowa – nie więcej niż mała puszka
  • czerwone wino wytrawne (kilka pluśnięć)

na puree:
  • ok. 70dkg ziemniaków
  • śmietana 30% (1/4 filiżanki)
  • masło (3 ½ łyżki)
  • 2 żółtka
  • parmezan starty (1/4 filiżanki)
  • sól, pieprz do smaku

Jak przygotować:

Zagotować wodę, osolić i ugotować ziemniaki. Po ugotowaniu odlać z nich wodę i utłuc je tłuczkiem do ziemniaków lub przepuścić przez praskę i dobrze wymieszać z pozostałymi składnikami podanymi powyżej.
Uwaga – nie pozwól puree wystygnąć!!!
W czasie kiedy ziemniaki się gotują można zabrać się do przygotowania nadzienia, które nie jest skomplikowane.
Na rozgrzanej patelni z niewielką ilością oleju zeszklić cebulkę na złoty kolor, dodać marchewkę, a następnie dodać mięso mielone, które wraz z pozostałymi składnikami znajdującymi się już na patelni przesmażyć ( należy to zrobić dokładnie by mięso było złocisto brązowe i drobne). Następnie dodajemy rozmaryn, tymianek i czosnek i odważnie mieszamy. Kolejno dodajemy sos Worcester – mieszamy, puree  lub pastę pomidorową – mieszamy, kilka „guli” czerwonego wina – mieszamy. Na koniec zalewamy wszystko bulionem i mieszając gotujemy ok. 3 minuty (no może być ciut dłużej).
Nadzienie przekładamy do głębokiego naczynia żaroodpornego, na nadzienie nakładamy ziemniaki i suto posypujemy je parmezanem. Widelcem nakłuwamy wierzch zapiekanki aby nadać całości pięknej tekstury po upieczeniu.
Zapiekać przez 18-20 minut w 200 stopniach aż ziemniaki zbrązowieją na wierzchu.
 


 
Moje spostrzeżenia na koniec są takie: ze słynnym Sosem Worcester nie ma co przesadzać. Dla każdego co innego znaczy kilka pluśnięć. Radzę kosztować nadzienie zanim będzie za późno. Specyficzny smak sosu potrafi zamienić zapiekankę pasterską w Zapiekankę Worcester – jeśli wiecie co mam na myśli. Jeśli odrobinę przesadzicie, zwiększona ilość czerwonego wina dodana nie tylko do samego nadzienia może uratować sytuację.
Na zdrowie :)


poniedziałek, 12 stycznia 2015

Herbatka zimowa

Dopóki Ciebie, Ciebie nam pić
Póty jak w niebie, jak w niebie nam żyć
Herbatko, Herbatko, Herbatko
Dopóki Ciebie, Ciebie nam pić
Póty jak w niebie, jak w niebie nam żyć
Herbatko, Herbatko


A on duje i duje … już od kilku dni tak duje.
Głowy chce pourywać, dachy chce pozrywać, sieć energetyczną zdążył już ponadrywać.
Koty są bardzo niespokojne, starszych ludzi bolą głowy
i twierdzą, że na pewno co złego przyniesie, cóż … nie znam się na wiatrach, ani na tym co przynoszą.
Wiem, że nie mam ochoty wyjść za drzwi w taką pogodę,
a jeszcze ten duje i duje.
Śniegu też powymiatał choć było go nie za wiele, no ale był. Można już było oko nacieszyć białym, lekkim puchem, który okrył naszą szarą Matkę Ziemię. Można już było w ciszy i spokoju zaparzyć sobie zimową herbatkę, poczytać zaległą lekturę, posłuchać ulubionej muzyki kiedy moi panowie szusowali sobie na małych bo małych ale naśnieżnych i dobrze przygotowanych okolicznych stokach narciarskich.
No ale przywiało go i duje.
Ze spokoju błogiego nici, została herbatka … zimowa herbatka.
 
Do zaparzenia zimowej herbatki potrzebne będzie:
  • Ulubiona czarna herbata – sypana lub w torebce
  • Kawałek imbiru
  • 1 lub 2 plastry pomarańczy
  • 1 łyżeczka miodu
  • 1 łyżeczka płatków dzikiej róży lub owoców (opcjonalnie) zbieranych nad morzem letnia porą :) lub kupne
  • Kilka goździków
  • ½ plasterka cytryny lub odrobina soku z cytryny (opcjonalnie)

Jak wykonać:
Cytrusy umyć pod ciepłą wodą. 
W dużym kubku zaparzyć dobrze herbatę.
Z pomarańczy odkroić jeden lub dwa plastry.
Goździki można wrzucić bezpośrednio do herbaty lub nakłuć nimi skórkę pomarańczy (tak jak to jest uwiecznione na zdjęciu). Imbir obrać ze skórki i pokroić drobno w paseczki lub cieniutkie plasterki (nie ma zasady - piłam już herbatę z tartym imbirem
i też było ok.) i również wrzucić do gorącej herbaty.
Podobnie z cytryną lub jej sokiem – jeśli macie ochotę na jej dodanie. Ja dodaję zawsze i zawsze plasterek cytryny ze skórką, ze względu na jej aromat.
Aromatyczne są też płatki róż, więc jeśli macie takowe to  polecam dodać ich niewielką. Podkreślą niezwykły aromat herbatki.
Jeżeli słodzicie to ostatnim ze składników jest miód.
Wszystko razem zmieszać, zamieszać i gotowa herbatka zimowa.



A on duje, dalej duje…



czwartek, 1 stycznia 2015

Do Siego Roku AD 2015 czyli ... życzenia noworoczne, podsumowanie i plany na przyszłość



Mili moi przyjmijcie życzenia ode mnie. Niechaj spełniają się Wasze marzenia. Żyjcie w zdrowiu i szczęściu, miłości
i dostatku w tym Nowym Roku 2015 



Właśnie rok 2014 chowa się głęboko na dnie mojej szkatułki. Jeszcze krótkie podsumowanie i można zamknąć wieczko.
Jaki był ten miniony rok? Tu na blogu i w kuchni całkiem,  całkiem interesujący i bardzo dynamiczny. Wiele się nauczyłam (miedzy innymi od Was drogie blogerki i blogerzy), uczestniczyłam w kilku warsztatach kulinarnych , a także je organizowałam. Szkatułka Cook pracowała też charytatywnie gotując na ponad 200 osób i przyznam się, że praca choć bardzo ciężka – przyniosła mi ogrom satysfakcji i zadowolenia, a moje doświadczenie kulinarne choć jestem przecież amatorką – zostało docenione. Latem, jeśli ktoś pamięta (z moich wpisów na blogów) byłam kwatermistrzem i kucharzem  z wyboru dla załogi przyjaciół i żeglarzy . Nie ma to jak zadowolone
i uśmiechnięte miny przy stole, a co najfajniejsze – zawsze puste talerze!!! Także czuję się spełniona w tej roli do końca jeśli idzie o ten rok. 
W październiku poznałam inne Lubelskie Blogerki  na spotkaniu  w jednym z lubelskich lokali. Grupa jest bardzo różnorodna jednakże bardzo dynamiczna i myślę, że jeśli tylko będziemy potrafiły się ze sobą dogadać to przyszłość grupy może być obiecująca czego sobie i Im życzę na nadchodzący 2015 rok.
Dzięki temu, że prowadzę  blog, okazało się, że mam nową pasję … fotografię. Uwielbiam robić zdjęcia, nie tylko swoim potrawom, ale i ludziom, przedmiotom, naturze.
No i rzecz najważniejsza … krąg moich znajomych poszerzył się astronomicznie. Znajomości  początkowo z internetu, z blogów – przeniosły się do świata realnego. Spotkałam dużo fantastycznych ludzi, którzy dzielą ze mną swoje pasje. To fantastyczne uczucie.
Skończył się jednak ten rok … Na blogu również dużo się działo
i na Facebooku również (bo kto uważny jest to wie, że staram się, aby to jednak nie było to samo bo to chyba byłoby
nudne  , prawda?) więc chciałam Wam przypomnieć obrazowo
i subiektywnie co najbardziej zasługuje na wyróżnienie w 2014 roku...


                   Były różnorodne zupy :)


                         Było i  konkretnie:)


                            Było na słodko :)

 
Było i też coś do picia w chłodne jak i gorące dni  :)


     
 Była i praca przy przetworach na zimę :)



W 2015 blog, a raczej jego forma  trochę się zmieni. Będzie mniej epicko, a bardziej konkretnie i na temat  jeśli chodzi
o kulinaria. Znikną zwierzenia Szkatułki. Myślę, że niektórzy odetchną z ulgą :)
Być może powstanie inna część Szkatułki na pogaduchy do poduchy, ale prace nad zmianami i ewentualną transformacją Sekretów Szkatułki trwają … cierpliwości. Chyba, że Wy macie jakieś sugestie? Czekam na Wasze sugestie. 


Raz jeszcze życzę samych dobrych chwil w Nowym Roku AD 215